692574
Nerwy w eterze - Polityka, nr 45/2003
FRAGMENT
Radio nie jest uszkodzoną telewizją, z fonią, ale bez obrazu - powtarzają radiowcy, broniąc własnej odrębności. Telewizja, od kiedy istnieje, jest naturalnym rywalem radia. Ma ono szansę wygrywać z nią głównie w godzinach porannych i przedpołudniowych. Między porannymi pasmami odbywa się więc wojna zwana z angielska big battle breakfast time (wielka bitwa w porze śniadania). Po trzynastej słuchacze odchodzą od radia również po to, aby włączyć telewizję.
Radio od dawna cierpi na kompleks telewizji, od niedawna jednak całkiem realnie zagraża ona u nas jego egzystencji.
Gargantuiczna siła TVP, która daje się we znaki całemu rynkowi mediów, w radio, zwłaszcza prywatne, uderza z podwójnym impetem. W rezultacie bezpardonowej wojny rabatowej między wszystkimi mediami, prowadzącej do obniżenia cen reklam, stacje radiowe poniosły poważne straty, jeśli chodzi o udział w torcie reklamowym. - Telewizja publiczna może sobie pozwalać na wszystko, bo odkąd stała się komercyjnym graczem, to ona ustalała ceny reklam we wszystkich mediach na rynku. Skoro ogólnopolska telewizja była tak tania, po co było dawać reklamy do radia? - pyta retorycznie Monika Bednarek, prezes Eurozet (właściciela Radia Zet i Radiostacji). Co więcej, jej zdaniem sytuacja z rynku telewizyjnego zaczyna przenosić się na rynek radiowy. Jedynka i Trójka rozpoczęły walkę o reklamy. Zasięg techniczny tych stacji, a zwłaszcza atrakcyjnie ustawiony cennik sprawiają, że przyciągając do siebie reklamodawców równocześnie doprowadzają do obniżania wpływów w innych stacjach, zwłaszcza lokalnych.
Przedstawiciele PR bronią się jednak argumentem, że w dochodach radia publicznego reklamy stanowią zaledwie 10-12 proc. udziału, cała reszta zaś pochodzi z abonamentu. - Chętnie oddałbym pieniądze, które uzyskujemy z reklam - proponuje Andrzej Długosz, prezes rady nadzorczej PR - w zamian za 60 mln z abonamentu, które radio publiczne dostałoby dodatkowo, gdyby udało się go ściągnąć w stu procentach. Na to jednak na razie nie ma żadnego prawnego sposobu. Uważam, że w biznesie medialnym - obojętne, czy prywatnym, czy publicznym, bo w końcu wszyscy płacimy podatki - nie ma miejsca na wielkie słowa i frazesy, trzeba sobie jasno powiedzieć, że jak w każdym interesie chodzi o pieniądze.
Monika Bednarek przypomina: - Zaproponowaliśmy kiedyś, aby użyto wszystkich komercyjnych anten dla promowania akcji ściągania abonamentu, ale nasza oferta nie spotkała się z zainteresowaniem mediów publicznych.
Wolny rynek czy targowisko?
Prowadzenie biznesu radiowego przypomina w obecnych warunkach sterowanie statkiem w nocy i podczas sztormu, a w dodatku jeszcze bez kompasu, który został na lądzie.
Radio nie jest uszkodzoną telewizją, z fonią, ale bez obrazu - powtarzają radiowcy, broniąc własnej odrębności. Telewizja, od kiedy istnieje, jest naturalnym rywalem radia. Ma ono szansę wygrywać z nią głównie w godzinach porannych i przedpołudniowych. Między porannymi pasmami odbywa się więc wojna zwana z angielska big battle breakfast time (wielka bitwa w porze śniadania). Po trzynastej słuchacze odchodzą od radia również po to, aby włączyć telewizję.
Radio od dawna cierpi na kompleks telewizji, od niedawna jednak całkiem realnie zagraża ona u nas jego egzystencji.
Gargantuiczna siła TVP, która daje się we znaki całemu rynkowi mediów, w radio, zwłaszcza prywatne, uderza z podwójnym impetem. W rezultacie bezpardonowej wojny rabatowej między wszystkimi mediami, prowadzącej do obniżenia cen reklam, stacje radiowe poniosły poważne straty, jeśli chodzi o udział w torcie reklamowym. - Telewizja publiczna może sobie pozwalać na wszystko, bo odkąd stała się komercyjnym graczem, to ona ustalała ceny reklam we wszystkich mediach na rynku. Skoro ogólnopolska telewizja była tak tania, po co było dawać reklamy do radia? - pyta retorycznie Monika Bednarek, prezes Eurozet (właściciela Radia Zet i Radiostacji). Co więcej, jej zdaniem sytuacja z rynku telewizyjnego zaczyna przenosić się na rynek radiowy. Jedynka i Trójka rozpoczęły walkę o reklamy. Zasięg techniczny tych stacji, a zwłaszcza atrakcyjnie ustawiony cennik sprawiają, że przyciągając do siebie reklamodawców równocześnie doprowadzają do obniżania wpływów w innych stacjach, zwłaszcza lokalnych.
Przedstawiciele PR bronią się jednak argumentem, że w dochodach radia publicznego reklamy stanowią zaledwie 10-12 proc. udziału, cała reszta zaś pochodzi z abonamentu. - Chętnie oddałbym pieniądze, które uzyskujemy z reklam - proponuje Andrzej Długosz, prezes rady nadzorczej PR - w zamian za 60 mln z abonamentu, które radio publiczne dostałoby dodatkowo, gdyby udało się go ściągnąć w stu procentach. Na to jednak na razie nie ma żadnego prawnego sposobu. Uważam, że w biznesie medialnym - obojętne, czy prywatnym, czy publicznym, bo w końcu wszyscy płacimy podatki - nie ma miejsca na wielkie słowa i frazesy, trzeba sobie jasno powiedzieć, że jak w każdym interesie chodzi o pieniądze.
Monika Bednarek przypomina: - Zaproponowaliśmy kiedyś, aby użyto wszystkich komercyjnych anten dla promowania akcji ściągania abonamentu, ale nasza oferta nie spotkała się z zainteresowaniem mediów publicznych.
Wolny rynek czy targowisko?
2003-11-06
powrót ::