692575
Emisja z misją, tygodnik Polityka nr 49/2003
Telewizja Polska przekroczyła dopuszczalną granicę w pogoni za widzem
Każda próba dyskusji na temat telewizji publicznej kończy się bardzo szybko albo na sprawach personalnych, czyli - kto za Kwiatkowskiego, albo na sprawie reklam, czyli - jak ograniczyć ilość reklam w TVP. Obie sprawy są na pewno ważne. Brak jednak publicznej refleksji: czego należy oczekiwać od nowego prezesa.
Niemal wszyscy zabierający ostatnio głos zgadzają się, że telewizja publiczna musi być zupełnie inna niż ta, która dziś istnieje. Niektórzy stracili już nadzieję na możliwość poprawy i dowodzą, że zamiast szukać sposobów na rozsupłanie węzła, lepiej go przeciąć i Telewizję Polską SA po prostu sprywatyzować.
Czy jednak wchodząc do Unii Europejskiej Polska powinna rezygnować z narzędzia, którym wszyscy członkowie Wspólnoty posługują się dla ochrony własnej tożsamości kulturalnej? Zanim podejmiemy decyzję o zaoraniu Woronicza, warto jeszcze, jak sądzę, podjąć próbę przywrócenia publicznej telewizji społeczeństwu. W wypowiedziach tych osób, które o mediach publicznych jeszcze chcą rozmawiać, na wszelkie sposoby odmieniane jest słowo misja. Określenie misja w odniesieniu do mediów publicznych jest wyjątkowo niefortunne, a w dodatku używane w bardzo różnym znaczeniu. Wedle dokumentów Unii Europejskiej, misja to realizacja zróżnicowanych celów publicznych, nadawanie zrównoważonej i zróżnicowanej oferty programowej, która w dodatku ma służyć zaspokajaniu demokratycznych, socjalnych i kulturowych potrzeb danego społeczeństwa.
Na jednym krańcu świata mediów jest misja, na drugim - komercja, a więc działalność handlowa. Nie ma tu mowy o demokracji i kulturze, tylko o takiej ofercie, na którą jest po prostu popyt. Cóż to jednak za handel, jeśli produkt jest dostarczany odbiorcy bezpłatnie? Przecież program telewizji Polsat czy TVN możemy oglądać nie płacąc nadawcy ani grosza.
To kolejne nieporozumienie. Produkt nie jest dostarczany bezpłatnie, bo produktem wcale nie jest program. To nie program jest przedmiotem sprzedaży. Przedmiotem sprzedaży jest uwaga widza, uwaga widowni zgromadzonej przed ekranem, a kupującym jest zleceniodawca reklam. I to jest element komercji w działalności mediów. W przypadku mediów publicznych celem jest - a przynajmniej powinna być - oferta programowa. W mediach komercyjnych program nie jest celem, ale środkiem do osiągnięcia celu. Program jest nie towarem, lecz środkiem do sprzedania towaru.
Istotą konfliktu między mediami publicznymi i prywatnymi jest walka o dochody z reklam, o podział rynku reklamowego. To tylko część prawdy. Spór pomiędzy mediami komercyjnymi i publicznymi to nie jest tylko spór o sam podział tortu reklamowego. Naturalnym interesem mediów komercyjnych, które mogą czerpać dochody niemal wyłącznie z rynku reklam, jest powiększanie własnej widowni. Wtedy można uzyskać wyższą cenę za minutę czasu sprzedawanego reklamodawcy. Ponieważ liczba widzów, jacy mogą oglądać program, jest z natury rzeczy ograniczona, istotą konkurencji jest więc pomniejszanie widowni każdego innego nadawcy. Wszystko jedno czy drugiego komercyjnego, czy publicznego. To ważne: nawet jeśli nadawca publiczny przestanie nadawać reklamy, nadal będzie konkurentem, będzie bowiem zatrzymywał uwagę widza.
To zjawisko bardzo wyraźnie widać w tej chwili w Anglii. Nadawcy prywatni ostro atakują BBC, która wciąż kontroluje blisko 40 proc. rynku telewizyjnego i dysponuje kwotą 2,6 mld funtów z abonamentu. Krytyka sprowadza się de facto do oskarżeń o działalność dumpingową. To, co nadawcy prywatni muszą sprzedać, na przykład programy rozrywkowe, BBC daje za darmo, bo swoją działalność finansuje ze środków publicznych. BBC nie nadaje reklam, nie jest więc konkurentem w walce o podział tortu reklamowego. Jest jednak konkurentem w walce o widza. Jeśli państwo zacznie buty rozdawać za darmo, to producent butów nie zarobi na rynku.
W tym miejscu należy postawić pytanie o sens istnienia telewizji publicznej. Celowo ograniczam to pytanie do telewizji, bo radio to trochę inne medium, a także zupełnie inna ranga problemów ekonomicznych. W jakim celu telewizja publiczna, ustanowiona przez państwo i korzystająca z publicznych pieniędzy, ma walczyć o to, by widz oglądał TVP, a nie TVN? Sensem istnienia telewizji publicznej nie jest sam rozwój czy zdobywanie rynku, ale wypełnienie zadań programowych - tego, co ustawa o radiofonii i telewizji wymienia w obszernym katalogu poczynając od rzetelnego ukazywania wydarzeń i zjawisk, przez służbę na rzecz kultury, nauki i oświaty, aż po umacnianie rodziny i kształtowanie postaw prozdrowotnych. Doświadczenie wskazuje, iż z realizacją tych zadań TVP nigdy sobie dobrze nie radziła, a dziś demonstracyjnie je odrzuca. Zamiast, jak nakazuje ustawa, tworzyć warunki dla poważnej debaty publicznej, stała się narzędziem propagandy.
Powszechna jest w tej chwili tendencja do przesuwania się mediów w kierunku rozrywki. Dotyczy to także gatunków do tej pory traktowanych jako poważne. Nawet w dziedzinie edukacji można sprzedać to, co jest w miarę możności śmieszne i atrakcyjne. Telewizja publiczna nie może nie zauważyć tego zjawiska, natomiast jest pytanie, na ile ma w nim uczestniczyć.
Komunikat Komisji Europejskiej, omawiający stanowisko Unii wobec mediów publicznych, wyraźnie podkreśla, że nie należy wyróżniać gatunków właściwych dla mediów publicznych i komercyjnych. Jest tam nawet wprost mowa o zapewnianiu rozrywki wysokiej jakości. Nie ma więc żadnego powodu, żeby Telewizji Polskiej - w ramach jej ustawowej misji - odmawiać prawa do nadawania audycji o charakterze rozrywkowym, popularnym. Liczba widzów nie może być dla telewizji publicznej fetyszem, ale nie może też być sprawą obojętną. Ze starań o pełną widownię nie rezygnuje przecież opera ani Warszawska Jesień.
Istnieje jednak granica pogoni za widzem. Ta granica w działalności Telewizji Polskiej w sposób oczywisty została przekroczona. Prywatny, komercyjny Polsat nadaje od wielu miesięcy serial Rodzina zastępcza, który w sposób atrakcyjny realizuje przypisane telewizji publicznej zadanie, jakim jest umacnianie rodziny. Realizuje ten cel nie dlatego, że to jest nakaz ustawowy - media komercyjne takiego obowiązku nie mają - tylko dlatego, że jest zapotrzebowanie społeczne na takie życzliwe, rodzinne treści. Telewizja publiczna, zgodnie z logiką konkurencji rynkowej, stara się wszelkimi siłami odebrać widzów Polsatowi. Jeśli jednak, a praktycznie tak właśnie się dzieje, usiłuje przejąć widzów Rodziny zastępczej za pomocą takich audycji jak np. Randka w ciemno, to jest to absurd. Za publiczne pieniądze telewizja publiczna robi audycję - najłagodniej oceniając - bez żadnej wartości, żeby utrudnić realizacje społecznie użytecznych zadań, które ktoś inny wykonuje za darmo.
Czy bezpardonową walkę o widza wymusza obowiązująca dziś ustawa o radiofonii i telewizji? Nie. TVP jest spółką bardzo szczególną; Skarb Państwa - jej formalny właściciel - nie ma prawa ani korzystać z zysku, ani wpływać na skład władz. W wielu krajach europejskich nie tylko media publiczne, ale nawet państwowe i samorządowe instytucje kulturalne działają w formie spółek. Problem nie w formie organizacyjnej, ale w hierarchii celów, jakie przyjęła Telewizja Polska. Celem nie może być wygranie z Polsatem i TVN w rankingach oglądalności, ale przyciągnięcie widzów do tego, co niesie jakieś wartości. Misja to nie są audycje nudne, których nikt nie ogląda, ale np. Europa da się lubić, która bije rekordy oglądalności. Próba szufladkowania poszczególnych audycji wedle kryterium misja - komercja prowadzi w ślepą uliczkę. Wiadomości - audycja, która ma do spełnienia ustawowe misyjne zadania - to znakomita lokomotywa reklam i jednocześnie przedsięwzięcie dochodowe. Inna sprawa, że Wiadomości w telewizji Roberta Kwiatkowskiego powróciły do wzorca Dziennika Telewizyjnego sprzed 1989 r. i to one winny być w pierwszej kolejności przeorane, by odpowiadały ustawowym standardom rzetelności. Jeśli przy okazji Wiadomości można na reklamach zarobić po to, by sfinansować kilka spektakli Teatru Telewizji więcej - tym lepiej. Rzeczywistość jest jednak inna. To Teatr Telewizji stopniowo ustępuje miejsca innym audycjom, a dochody z reklam przeznacza się na zakup kolejnych, jeszcze bardziej krwawych filmów akcji, na których można więcej zarobić. A filmy z cyklu Kocham kino przesuwane są w ramówce na późną noc. I kółko się zamyka.
Komunikat Komisji Europejskiej bardzo pięknie mówi o roli mediów publicznych na polu propagowania różnorodności kulturowej w każdym kraju, dostarczania programów edukacyjnych, obiektywnego informowania społeczeństwa, gwarantowania pluralizmu i zapewniania - w sposób demokratyczny i bezpłatnie - rozrywki o wysokiej jakości. Problemem nie jest jednak sformułowanie bardzo ogólnych definicji, tylko określenie granic sensownej działalności telewizji publicznej. Właśnie na ten temat, na temat społecznych oczekiwań w stosunku do telewizji publicznej potrzebna jest dziś dyskusja. Tak ważne i wzbudzające wiele emocji kwestie jak liczba programów, istnienie satelitarnych kanałów tematycznych to sprawa wtórna.
O koncepcję działania TVP będą - mam nadzieję - publicznie pytani kandydaci na prezesa. Wybór prezesa i członków zarządu ma sens tylko wtedy, jeśli jest to jednocześnie wybór modelu telewizji publicznej. Jak sądzę, nie może być ona nadawcą niszowym, adresującym program tylko do grupy kilku procent widzów zainteresowanych wyłącznie tzw. kulturą wysoką, specjalistyczną informacją i publicystyką.
Nie może schlebiać gustom, które symbolizowała muzyka disco polo. Swego czasu na hasło Tyle misji, ile abonamentu odpowiedziałem: abonament tylko na audycje w dobrym czasie oglądalności. Nie ma sensu wydawać publicznych pieniędzy na doskonałe nawet audycje, jeśli znaczna część widowni nie może tych audycji obejrzeć. Poszukiwaniu właściwej drogi pomiędzy obiema skrajnościami mogłaby pomóc specjalizacja anten. Program I - bardziej uniwersalny, popularny, Dwójka - zgodnie z przyjętym niegdyś profilem - poświęcona szczególnie problematyce kulturalnej, społecznej. Szczególne zadania telewizji publicznej, których nadawcy komercyjni z przyczyn czysto ekonomicznych nie mogą wykonać, związane są z tematyką regionalną. Regionalna Trójka musi być radykalnie zdecentralizowana, musi też stanowić miejsce prezentacji dorobku kulturalnego Krakowa, Wrocławia czy Gdańska, dla których obecnie nie ma miejsca w telewizji publicznej.
Zakładam oczywiście, iż rada nadzorcza TVP nie po to ogłosiła konkurs na prezesa i zarząd, aby wszystko pozostało po staremu.
Tekst można przeczytać również tutaj
Każda próba dyskusji na temat telewizji publicznej kończy się bardzo szybko albo na sprawach personalnych, czyli - kto za Kwiatkowskiego, albo na sprawie reklam, czyli - jak ograniczyć ilość reklam w TVP. Obie sprawy są na pewno ważne. Brak jednak publicznej refleksji: czego należy oczekiwać od nowego prezesa.
Niemal wszyscy zabierający ostatnio głos zgadzają się, że telewizja publiczna musi być zupełnie inna niż ta, która dziś istnieje. Niektórzy stracili już nadzieję na możliwość poprawy i dowodzą, że zamiast szukać sposobów na rozsupłanie węzła, lepiej go przeciąć i Telewizję Polską SA po prostu sprywatyzować.
|
Juliusz Braun (ur. 29.08.1948), absolwent Wydziału Geologii Uniwersytetu Warszawskiego, dziennikarz m.in. popołudniówki Echa Dnia w Kielcach i tygodnika regionu świętokrzyskiego Tematy, redaktor naczelny Gazety Kieleckiej (1990-91). Współorganizator NSZZ Solidarność w Regionie Świętokrzyskim, przewodniczący komisji zakładowej w Kieleckim Wydawnictwie Prasowym, internowany w stanie wojennym (do sierpnia 1982). Poseł na Sejm w latach 1989-1999, przewodniczący komisji kultury i środków przekazu. Od 1991 członek Unii Demokratycznej, a następnie Unii Wolności. Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (lipiec 1999 - marzec 2003). |
Czy jednak wchodząc do Unii Europejskiej Polska powinna rezygnować z narzędzia, którym wszyscy członkowie Wspólnoty posługują się dla ochrony własnej tożsamości kulturalnej? Zanim podejmiemy decyzję o zaoraniu Woronicza, warto jeszcze, jak sądzę, podjąć próbę przywrócenia publicznej telewizji społeczeństwu. W wypowiedziach tych osób, które o mediach publicznych jeszcze chcą rozmawiać, na wszelkie sposoby odmieniane jest słowo misja. Określenie misja w odniesieniu do mediów publicznych jest wyjątkowo niefortunne, a w dodatku używane w bardzo różnym znaczeniu. Wedle dokumentów Unii Europejskiej, misja to realizacja zróżnicowanych celów publicznych, nadawanie zrównoważonej i zróżnicowanej oferty programowej, która w dodatku ma służyć zaspokajaniu demokratycznych, socjalnych i kulturowych potrzeb danego społeczeństwa.
Na jednym krańcu świata mediów jest misja, na drugim - komercja, a więc działalność handlowa. Nie ma tu mowy o demokracji i kulturze, tylko o takiej ofercie, na którą jest po prostu popyt. Cóż to jednak za handel, jeśli produkt jest dostarczany odbiorcy bezpłatnie? Przecież program telewizji Polsat czy TVN możemy oglądać nie płacąc nadawcy ani grosza.
To kolejne nieporozumienie. Produkt nie jest dostarczany bezpłatnie, bo produktem wcale nie jest program. To nie program jest przedmiotem sprzedaży. Przedmiotem sprzedaży jest uwaga widza, uwaga widowni zgromadzonej przed ekranem, a kupującym jest zleceniodawca reklam. I to jest element komercji w działalności mediów. W przypadku mediów publicznych celem jest - a przynajmniej powinna być - oferta programowa. W mediach komercyjnych program nie jest celem, ale środkiem do osiągnięcia celu. Program jest nie towarem, lecz środkiem do sprzedania towaru.
Istotą konfliktu między mediami publicznymi i prywatnymi jest walka o dochody z reklam, o podział rynku reklamowego. To tylko część prawdy. Spór pomiędzy mediami komercyjnymi i publicznymi to nie jest tylko spór o sam podział tortu reklamowego. Naturalnym interesem mediów komercyjnych, które mogą czerpać dochody niemal wyłącznie z rynku reklam, jest powiększanie własnej widowni. Wtedy można uzyskać wyższą cenę za minutę czasu sprzedawanego reklamodawcy. Ponieważ liczba widzów, jacy mogą oglądać program, jest z natury rzeczy ograniczona, istotą konkurencji jest więc pomniejszanie widowni każdego innego nadawcy. Wszystko jedno czy drugiego komercyjnego, czy publicznego. To ważne: nawet jeśli nadawca publiczny przestanie nadawać reklamy, nadal będzie konkurentem, będzie bowiem zatrzymywał uwagę widza.
To zjawisko bardzo wyraźnie widać w tej chwili w Anglii. Nadawcy prywatni ostro atakują BBC, która wciąż kontroluje blisko 40 proc. rynku telewizyjnego i dysponuje kwotą 2,6 mld funtów z abonamentu. Krytyka sprowadza się de facto do oskarżeń o działalność dumpingową. To, co nadawcy prywatni muszą sprzedać, na przykład programy rozrywkowe, BBC daje za darmo, bo swoją działalność finansuje ze środków publicznych. BBC nie nadaje reklam, nie jest więc konkurentem w walce o podział tortu reklamowego. Jest jednak konkurentem w walce o widza. Jeśli państwo zacznie buty rozdawać za darmo, to producent butów nie zarobi na rynku.
W tym miejscu należy postawić pytanie o sens istnienia telewizji publicznej. Celowo ograniczam to pytanie do telewizji, bo radio to trochę inne medium, a także zupełnie inna ranga problemów ekonomicznych. W jakim celu telewizja publiczna, ustanowiona przez państwo i korzystająca z publicznych pieniędzy, ma walczyć o to, by widz oglądał TVP, a nie TVN? Sensem istnienia telewizji publicznej nie jest sam rozwój czy zdobywanie rynku, ale wypełnienie zadań programowych - tego, co ustawa o radiofonii i telewizji wymienia w obszernym katalogu poczynając od rzetelnego ukazywania wydarzeń i zjawisk, przez służbę na rzecz kultury, nauki i oświaty, aż po umacnianie rodziny i kształtowanie postaw prozdrowotnych. Doświadczenie wskazuje, iż z realizacją tych zadań TVP nigdy sobie dobrze nie radziła, a dziś demonstracyjnie je odrzuca. Zamiast, jak nakazuje ustawa, tworzyć warunki dla poważnej debaty publicznej, stała się narzędziem propagandy.
Powszechna jest w tej chwili tendencja do przesuwania się mediów w kierunku rozrywki. Dotyczy to także gatunków do tej pory traktowanych jako poważne. Nawet w dziedzinie edukacji można sprzedać to, co jest w miarę możności śmieszne i atrakcyjne. Telewizja publiczna nie może nie zauważyć tego zjawiska, natomiast jest pytanie, na ile ma w nim uczestniczyć.
Komunikat Komisji Europejskiej, omawiający stanowisko Unii wobec mediów publicznych, wyraźnie podkreśla, że nie należy wyróżniać gatunków właściwych dla mediów publicznych i komercyjnych. Jest tam nawet wprost mowa o zapewnianiu rozrywki wysokiej jakości. Nie ma więc żadnego powodu, żeby Telewizji Polskiej - w ramach jej ustawowej misji - odmawiać prawa do nadawania audycji o charakterze rozrywkowym, popularnym. Liczba widzów nie może być dla telewizji publicznej fetyszem, ale nie może też być sprawą obojętną. Ze starań o pełną widownię nie rezygnuje przecież opera ani Warszawska Jesień.
Istnieje jednak granica pogoni za widzem. Ta granica w działalności Telewizji Polskiej w sposób oczywisty została przekroczona. Prywatny, komercyjny Polsat nadaje od wielu miesięcy serial Rodzina zastępcza, który w sposób atrakcyjny realizuje przypisane telewizji publicznej zadanie, jakim jest umacnianie rodziny. Realizuje ten cel nie dlatego, że to jest nakaz ustawowy - media komercyjne takiego obowiązku nie mają - tylko dlatego, że jest zapotrzebowanie społeczne na takie życzliwe, rodzinne treści. Telewizja publiczna, zgodnie z logiką konkurencji rynkowej, stara się wszelkimi siłami odebrać widzów Polsatowi. Jeśli jednak, a praktycznie tak właśnie się dzieje, usiłuje przejąć widzów Rodziny zastępczej za pomocą takich audycji jak np. Randka w ciemno, to jest to absurd. Za publiczne pieniądze telewizja publiczna robi audycję - najłagodniej oceniając - bez żadnej wartości, żeby utrudnić realizacje społecznie użytecznych zadań, które ktoś inny wykonuje za darmo.
Czy bezpardonową walkę o widza wymusza obowiązująca dziś ustawa o radiofonii i telewizji? Nie. TVP jest spółką bardzo szczególną; Skarb Państwa - jej formalny właściciel - nie ma prawa ani korzystać z zysku, ani wpływać na skład władz. W wielu krajach europejskich nie tylko media publiczne, ale nawet państwowe i samorządowe instytucje kulturalne działają w formie spółek. Problem nie w formie organizacyjnej, ale w hierarchii celów, jakie przyjęła Telewizja Polska. Celem nie może być wygranie z Polsatem i TVN w rankingach oglądalności, ale przyciągnięcie widzów do tego, co niesie jakieś wartości. Misja to nie są audycje nudne, których nikt nie ogląda, ale np. Europa da się lubić, która bije rekordy oglądalności. Próba szufladkowania poszczególnych audycji wedle kryterium misja - komercja prowadzi w ślepą uliczkę. Wiadomości - audycja, która ma do spełnienia ustawowe misyjne zadania - to znakomita lokomotywa reklam i jednocześnie przedsięwzięcie dochodowe. Inna sprawa, że Wiadomości w telewizji Roberta Kwiatkowskiego powróciły do wzorca Dziennika Telewizyjnego sprzed 1989 r. i to one winny być w pierwszej kolejności przeorane, by odpowiadały ustawowym standardom rzetelności. Jeśli przy okazji Wiadomości można na reklamach zarobić po to, by sfinansować kilka spektakli Teatru Telewizji więcej - tym lepiej. Rzeczywistość jest jednak inna. To Teatr Telewizji stopniowo ustępuje miejsca innym audycjom, a dochody z reklam przeznacza się na zakup kolejnych, jeszcze bardziej krwawych filmów akcji, na których można więcej zarobić. A filmy z cyklu Kocham kino przesuwane są w ramówce na późną noc. I kółko się zamyka.
Komunikat Komisji Europejskiej bardzo pięknie mówi o roli mediów publicznych na polu propagowania różnorodności kulturowej w każdym kraju, dostarczania programów edukacyjnych, obiektywnego informowania społeczeństwa, gwarantowania pluralizmu i zapewniania - w sposób demokratyczny i bezpłatnie - rozrywki o wysokiej jakości. Problemem nie jest jednak sformułowanie bardzo ogólnych definicji, tylko określenie granic sensownej działalności telewizji publicznej. Właśnie na ten temat, na temat społecznych oczekiwań w stosunku do telewizji publicznej potrzebna jest dziś dyskusja. Tak ważne i wzbudzające wiele emocji kwestie jak liczba programów, istnienie satelitarnych kanałów tematycznych to sprawa wtórna.
O koncepcję działania TVP będą - mam nadzieję - publicznie pytani kandydaci na prezesa. Wybór prezesa i członków zarządu ma sens tylko wtedy, jeśli jest to jednocześnie wybór modelu telewizji publicznej. Jak sądzę, nie może być ona nadawcą niszowym, adresującym program tylko do grupy kilku procent widzów zainteresowanych wyłącznie tzw. kulturą wysoką, specjalistyczną informacją i publicystyką.
Nie może schlebiać gustom, które symbolizowała muzyka disco polo. Swego czasu na hasło Tyle misji, ile abonamentu odpowiedziałem: abonament tylko na audycje w dobrym czasie oglądalności. Nie ma sensu wydawać publicznych pieniędzy na doskonałe nawet audycje, jeśli znaczna część widowni nie może tych audycji obejrzeć. Poszukiwaniu właściwej drogi pomiędzy obiema skrajnościami mogłaby pomóc specjalizacja anten. Program I - bardziej uniwersalny, popularny, Dwójka - zgodnie z przyjętym niegdyś profilem - poświęcona szczególnie problematyce kulturalnej, społecznej. Szczególne zadania telewizji publicznej, których nadawcy komercyjni z przyczyn czysto ekonomicznych nie mogą wykonać, związane są z tematyką regionalną. Regionalna Trójka musi być radykalnie zdecentralizowana, musi też stanowić miejsce prezentacji dorobku kulturalnego Krakowa, Wrocławia czy Gdańska, dla których obecnie nie ma miejsca w telewizji publicznej.
Zakładam oczywiście, iż rada nadzorcza TVP nie po to ogłosiła konkurs na prezesa i zarząd, aby wszystko pozostało po staremu.
Juliusz Braun
tygodnik Polityka
nr 49/2003
____________tygodnik Polityka
nr 49/2003
Tekst można przeczytać również tutaj
2003-12-11
powrót ::