692575
Trójka? Słucham bez słuchania - Gazeta Wyborcza 19 grudnia 2003
Gdyby dzisiaj do radiowej Trójki zgłosili się Adam Kreczmar, Jonasz Kofta czy Jacek Janczarski, to pewnie dostaliby figę z makiem albo siedem minut w porze porannego udoju
Trójki słuchałem niemal od początku jej istnienia. Nie opuściłem chyba ani jednego "Ilustrowanego tygodnika rozrywkowego". Jazz polubiłem dzięki Janowi Ptaszynowi Wróblewskiemu, muzykę poważną dzięki Janowi Weberowi, a na mój gust muzyczny największy wpływ miał Piotr Kaczkowski. Nawet kiedy przez osiem lat współpracowałem z RMF-em, moim radiem pozostała Trójka. Byłem przekonany, że nikt i nic nie odciągnie mnie od tego radia. Myliłem się.
Telefony, telefony
Zaczęło się od telefonów. Im bardziej malała publika Trójki, tym więcej dawała ona na antenie telefonów od słuchaczy. Wszystkie na żywo. Prowadzący każdy z nich obowiązkowo opatrywał dowcipnym komentarzem. A czy można dać piętnaście dowcipnych komentarzy na godzinę? Tego by nawet Jacek Fedorowicz nie potrafił. Ostatnio z przyjemnością zauważyłem, że telefonów jest mniej. Wciąż jednak jest ich za dużo i puszczane są na żywo. Dzwoni słuchacz i opowiada świetną historyjkę o psie, któremu zawsze przynosił coś do jedzenia. Tym razem nic nie miał. Rozłożył szeroko ręce. Na to pies poleciał do budy i przyniósł w pysku kawałek suchej bułki. Riposta prowadzącego? "Tośmy czasów dożyli". Odkrywcze jak kopalnia w Bełchatowie. W RMF na antenę trafiają tylko najciekawsze telefony. Są nagrywane i skracane (tak jak w gazetach skraca się listy od czytelników). Następnie prowadzący wymyśla zgrabną odpowiedź i dopiero wtedy daje to na antenę.
Muzyczny hipermarket
Potem spsiała muzyka. Trójka zawsze była programem elitarnym. Najpierw z powodu nikłej liczby odbiorników z zakresem fal ultrakrótkich, potem dlatego, że takie były zgodne życzenia dziennikarzy i słuchaczy (dla uproszczenia wywodu pomijam uwarunkowania polityczne). Stopniowo elitarność Trójki malała, ale nigdy nie była słuchana przez wszystkich. Nie przez gospodynie domowe, rolników, robotników, uczniów zawodówek. I nigdy nie powinna mieć ambicji dotarcia do tych odbiorców. Wiem, że czasy godzinnych audycji o kantatach Bacha, półgodzinnych reportaży i powieści w wydaniu dźwiękowym nie wrócą. Czy jednak za pieniądze z abonamentu nie należy mi się muzyka niesformatowana, zależna tylko od widzimisię Wojciecha Manna lub kogoś równie kompetentnego? Za komuny był przymus puszczania muzyki demoludów. Ludzie Trójki wykonywali polecenia: puszczali Okudżawę, Wysockiego, Omegę, Locomotiv GT, Collegium Musicum, Bijelo Dugme i dziesiątki innych znakomitych wykonawców. Oprócz tego były audycje z muzyką włoską czy francuską. Z Milvą, Aznavourem, Brelem. A dziś? Słyszał ktoś w Trójce piosenki Vopli Vidopliasova czy Akvarium?
Dżingiel na dżinglu dżinglem pogania
Ostatecznie ze słuchania Trójki zrezygnowałem z powodu dżingli. W pięciominutowym serwisie informacyjnym jest sześć dżingli. W dodatku są one natrętne i w guście marynarek Tadeusza Drozdy. Takie dżingle miał RMF na początku działalności, ale już dawno wyrósł z tych jarmarcznych fascynacji. Trójka po dziesięciu latach powtarza jego drogę, ze wszystkimi zakrętami. Po co? Nagromadzenie dżingli i wewnętrznej reklamy (a przecież są jeszcze normalne reklamy) jest tak duże, że gdy się słucha Trójki kilka godzin, to człowieka trafia szlag. Czy to głupota kierownictwa, czy świadomość, że mało kto słucha Trójki dłużej niż kilkanaście minut?
Szczena opada
Przez kilka dni sumiennego słuchania Trójki na potrzeby tego artykułu parę razy z wrażenia o mało nie spadłem z krzesła. Zniosę językowe wytrychy ("akcja gaśnicza", "na zegarze jest szósta", zamiast zwykłego "jest szósta"), a nawet mówienie bez myślenia ("przejazd bez zimowych opon jest dość karkołomny" - jak coś jest karkołomne, to na całego, a nie "dość"). Trudniej mi ścierpieć czytanie tekstów a vista. Na to mogą sobie pozwolić mistrzowie w rodzaju Zbigniewa Zapasiewicza (ale on pewnie nigdy by tak nie zrobił). Zwykły człowiek natychmiast się wywróci. Jeżeli wśród "znanych postaci", które czytały dzieciom wiersze Brzechwy, jest Renata Beger (już po odebraniu jej immunitetu), to albo pomysłodawca ma takt sowieckiego dyplomaty, albo prima aprilis przeniesiono na grudzień.
Happy end ex machina
A jednak słucham Trójki! Współczesna technika czyni cuda. Mój komputer potrafi w odpowiedniej chwili nagrać radiową audycję na twardy dysk i albo wyłączyć się, albo czekać do następnej zaprogramowanej pory. Dzięki temu odpadł problem, że jakiejś audycji nie mogę posłuchać, bo w tym czasie nie ma mnie w domu. Tak na przykład, chociaż w tym czasie balowałem, nie straciłem transmisji z warszawskiego koncertu Van Morrisona. Po drugie, już nie przeszkadza mi, że najlepsze audycje nadawane są późno w nocy lub wręcz nad ranem. I wreszcie najważniejsza zaleta tego sposobu słuchania. Edytor dźwięku pokazuje w formie graficznej nagraną audycję i bez trudu można rozpoznać początek i koniec muzyki. Kończy się piosenka i zaczyna reklama, dżingiel czy głupie ględzenie, to przesuwam kursor myszki na ostatnie sekundy przed kolejną piosenką. A jak piosenka też mi nie odpowiada, to w sekundę przeskakuję do następnej. W ten sposób audycji Marcina Kydryńskiego (który puszcza świetny jazz) słucham bez słuchania Marcina Kydryńskiego, który nie dość, że jest na zabój zakochany w sobie z wzajemnością, to jeszcze jak małomiasteczkowy fryzjer niezwykle wykwintnie wymawia każdą głoskę z osobna ("wy tym utworze"; poprawnie jest: "ftym", bo przyimki wymawia się jak jedną całość z rzeczownikiem).
A jak przypadkiem słowo mówione mnie zaciekawi, to w równie prosty sposób mogę wrócić do początku zapowiedzi i posłuchać wszystkiego choćby i pięć razy. Tak więc słucham Trójki, nie słuchając jej, czego wszystkim sympatykom Programu III życzę.
Trójki słuchałem niemal od początku jej istnienia. Nie opuściłem chyba ani jednego "Ilustrowanego tygodnika rozrywkowego". Jazz polubiłem dzięki Janowi Ptaszynowi Wróblewskiemu, muzykę poważną dzięki Janowi Weberowi, a na mój gust muzyczny największy wpływ miał Piotr Kaczkowski. Nawet kiedy przez osiem lat współpracowałem z RMF-em, moim radiem pozostała Trójka. Byłem przekonany, że nikt i nic nie odciągnie mnie od tego radia. Myliłem się.
Telefony, telefony
Zaczęło się od telefonów. Im bardziej malała publika Trójki, tym więcej dawała ona na antenie telefonów od słuchaczy. Wszystkie na żywo. Prowadzący każdy z nich obowiązkowo opatrywał dowcipnym komentarzem. A czy można dać piętnaście dowcipnych komentarzy na godzinę? Tego by nawet Jacek Fedorowicz nie potrafił. Ostatnio z przyjemnością zauważyłem, że telefonów jest mniej. Wciąż jednak jest ich za dużo i puszczane są na żywo. Dzwoni słuchacz i opowiada świetną historyjkę o psie, któremu zawsze przynosił coś do jedzenia. Tym razem nic nie miał. Rozłożył szeroko ręce. Na to pies poleciał do budy i przyniósł w pysku kawałek suchej bułki. Riposta prowadzącego? "Tośmy czasów dożyli". Odkrywcze jak kopalnia w Bełchatowie. W RMF na antenę trafiają tylko najciekawsze telefony. Są nagrywane i skracane (tak jak w gazetach skraca się listy od czytelników). Następnie prowadzący wymyśla zgrabną odpowiedź i dopiero wtedy daje to na antenę.
Muzyczny hipermarket
Potem spsiała muzyka. Trójka zawsze była programem elitarnym. Najpierw z powodu nikłej liczby odbiorników z zakresem fal ultrakrótkich, potem dlatego, że takie były zgodne życzenia dziennikarzy i słuchaczy (dla uproszczenia wywodu pomijam uwarunkowania polityczne). Stopniowo elitarność Trójki malała, ale nigdy nie była słuchana przez wszystkich. Nie przez gospodynie domowe, rolników, robotników, uczniów zawodówek. I nigdy nie powinna mieć ambicji dotarcia do tych odbiorców. Wiem, że czasy godzinnych audycji o kantatach Bacha, półgodzinnych reportaży i powieści w wydaniu dźwiękowym nie wrócą. Czy jednak za pieniądze z abonamentu nie należy mi się muzyka niesformatowana, zależna tylko od widzimisię Wojciecha Manna lub kogoś równie kompetentnego? Za komuny był przymus puszczania muzyki demoludów. Ludzie Trójki wykonywali polecenia: puszczali Okudżawę, Wysockiego, Omegę, Locomotiv GT, Collegium Musicum, Bijelo Dugme i dziesiątki innych znakomitych wykonawców. Oprócz tego były audycje z muzyką włoską czy francuską. Z Milvą, Aznavourem, Brelem. A dziś? Słyszał ktoś w Trójce piosenki Vopli Vidopliasova czy Akvarium?
Dżingiel na dżinglu dżinglem pogania
Ostatecznie ze słuchania Trójki zrezygnowałem z powodu dżingli. W pięciominutowym serwisie informacyjnym jest sześć dżingli. W dodatku są one natrętne i w guście marynarek Tadeusza Drozdy. Takie dżingle miał RMF na początku działalności, ale już dawno wyrósł z tych jarmarcznych fascynacji. Trójka po dziesięciu latach powtarza jego drogę, ze wszystkimi zakrętami. Po co? Nagromadzenie dżingli i wewnętrznej reklamy (a przecież są jeszcze normalne reklamy) jest tak duże, że gdy się słucha Trójki kilka godzin, to człowieka trafia szlag. Czy to głupota kierownictwa, czy świadomość, że mało kto słucha Trójki dłużej niż kilkanaście minut?
Szczena opada
Przez kilka dni sumiennego słuchania Trójki na potrzeby tego artykułu parę razy z wrażenia o mało nie spadłem z krzesła. Zniosę językowe wytrychy ("akcja gaśnicza", "na zegarze jest szósta", zamiast zwykłego "jest szósta"), a nawet mówienie bez myślenia ("przejazd bez zimowych opon jest dość karkołomny" - jak coś jest karkołomne, to na całego, a nie "dość"). Trudniej mi ścierpieć czytanie tekstów a vista. Na to mogą sobie pozwolić mistrzowie w rodzaju Zbigniewa Zapasiewicza (ale on pewnie nigdy by tak nie zrobił). Zwykły człowiek natychmiast się wywróci. Jeżeli wśród "znanych postaci", które czytały dzieciom wiersze Brzechwy, jest Renata Beger (już po odebraniu jej immunitetu), to albo pomysłodawca ma takt sowieckiego dyplomaty, albo prima aprilis przeniesiono na grudzień.
Happy end ex machina
A jednak słucham Trójki! Współczesna technika czyni cuda. Mój komputer potrafi w odpowiedniej chwili nagrać radiową audycję na twardy dysk i albo wyłączyć się, albo czekać do następnej zaprogramowanej pory. Dzięki temu odpadł problem, że jakiejś audycji nie mogę posłuchać, bo w tym czasie nie ma mnie w domu. Tak na przykład, chociaż w tym czasie balowałem, nie straciłem transmisji z warszawskiego koncertu Van Morrisona. Po drugie, już nie przeszkadza mi, że najlepsze audycje nadawane są późno w nocy lub wręcz nad ranem. I wreszcie najważniejsza zaleta tego sposobu słuchania. Edytor dźwięku pokazuje w formie graficznej nagraną audycję i bez trudu można rozpoznać początek i koniec muzyki. Kończy się piosenka i zaczyna reklama, dżingiel czy głupie ględzenie, to przesuwam kursor myszki na ostatnie sekundy przed kolejną piosenką. A jak piosenka też mi nie odpowiada, to w sekundę przeskakuję do następnej. W ten sposób audycji Marcina Kydryńskiego (który puszcza świetny jazz) słucham bez słuchania Marcina Kydryńskiego, który nie dość, że jest na zabój zakochany w sobie z wzajemnością, to jeszcze jak małomiasteczkowy fryzjer niezwykle wykwintnie wymawia każdą głoskę z osobna ("wy tym utworze"; poprawnie jest: "ftym", bo przyimki wymawia się jak jedną całość z rzeczownikiem).
A jak przypadkiem słowo mówione mnie zaciekawi, to w równie prosty sposób mogę wrócić do początku zapowiedzi i posłuchać wszystkiego choćby i pięć razy. Tak więc słucham Trójki, nie słuchając jej, czego wszystkim sympatykom Programu III życzę.
Jerzy Skoczylas
19-12-2003
19-12-2003
2003-12-19
powrót ::