692579
Wszystko to fikcja – odcinek 12a.
Odcinek 12a.
Cofnijmy się jednak parę godzin, by wziąć udział w niecodziennym wydarzeniu. Przypomnijmy sobie jak druh Owczarek studiował zawzięcie mapę terenową. Otóż, jakież było zdziwienie biesiadników, gdy pod gmach na Myśliwieckiej zajechały cztery pary prawdziwych góralskich sań ciągniętych przez czarne jak noc zwaliste konie. Sanie wyściełane były białymi kożuchami, przy każdych przytwierdzona była gorejąca pochodnia. Konie stały niespokojnie, co chwilę parskając i rżąc. Owczarek zeskoczył z kozła i pognał na salę by ogłosić nowinę – Kulig! Kulig! – darł się kiedy wpadł między zaskoczonych gości.
– Ale co? Ale jak? – pytali. Druh zastępowy stanął w drzwiach i krzyczał – Ubierać się i wsiadać! Za chwilę ruszamy!
Powstało niemałe zamieszanie. Tylko Pomysłowy Gajowy zachował trzeźwość umysłu, przechadzał się wzdłuż stołów i pakował co pełniejsze flaszki do wora. Gandalf wymyślił, że niehonorowym będzie – inaczej wyjść niż wszedł na bal i z mozołem wspinał się na okno. Co gorsza, towarzyszył mu w tym Manndalf. Nie wróżyło to dobrze. Podochocony Wałek, który jako Firer chciał dowodzić całą operacją, wołał na Maszynistę, jedynego mundurowego w tym gronie... – Oberlojtnant do mnie! Baron von Goldrink! Weź zapakuj zapitkę! Obudźcie Niedźwiedzia! Eryk pomóż się ubrać Łołkawskiemu. Kosa pozbieraj czapki, bo pozapominali.
Wałek sam nałożywszy na głowę ogromną baranicę, przejrzał się w lustrze i pod nosem twardo wyszczekał – Ordnung muss sein.
Najtrudniejsza sprawa była z dyrektorem Słupkowskim, który uparcie nie chciał wsiadać do sań, tłumacząc płaczliwym głosem – Jam niegodzien! Mnie jeno ciągnąć wasze sanie.
Skończyło się na tym, że wrzucono go siłą. Kulig skrzypiąc płozami po śniegu i dzwoniąc dzwoneczkami, ruszył z kopyta. Pędzili pustymi ulicami, szybko oddalając się od centrum. Dojazd na umówione miejsce zabrał im dobre dwie godziny, toteż gdy się zatrzymali większość z uczestników eskapady wyskoczyła z sań aby rozprostować kości. Zziajane konie buchały z nozdrzy kłębami pary. Znajdowali się na skraju lasu, na dużej, co najmniej trzydziestoarowej parceli. Ponieważ była jasna księżycowa noc, można było dostrzec stojące na niej resztki konstrukcji przemysłowej.
– To tutaj – powiedział donośnym głosem Wałek. Nastrój niezrozumienia przeplatał się ze zdziwieniem. Chyba nikt nie wiedział o co chodzi.
– Co, nie wiecie, po co was tu przywiozłem?! – krzyczał – Nie wiecie gamonie! – wybiegł ma środek i jeszcze głośniej wrzasnął – Tutaj będzie nasze radio! Nasze radio! Kupiłem to dwa dni temu. Mam też obiecane pieniądze na początek.
Wszyscy wytrzeźwieli w jednej chwili. Nad lasem świecił bezczelnie jasno księżyc. Drogą w kierunku miasta posuwał się wolno pług śnieżny.
Cofnijmy się jednak parę godzin, by wziąć udział w niecodziennym wydarzeniu. Przypomnijmy sobie jak druh Owczarek studiował zawzięcie mapę terenową. Otóż, jakież było zdziwienie biesiadników, gdy pod gmach na Myśliwieckiej zajechały cztery pary prawdziwych góralskich sań ciągniętych przez czarne jak noc zwaliste konie. Sanie wyściełane były białymi kożuchami, przy każdych przytwierdzona była gorejąca pochodnia. Konie stały niespokojnie, co chwilę parskając i rżąc. Owczarek zeskoczył z kozła i pognał na salę by ogłosić nowinę – Kulig! Kulig! – darł się kiedy wpadł między zaskoczonych gości.
– Ale co? Ale jak? – pytali. Druh zastępowy stanął w drzwiach i krzyczał – Ubierać się i wsiadać! Za chwilę ruszamy!
Powstało niemałe zamieszanie. Tylko Pomysłowy Gajowy zachował trzeźwość umysłu, przechadzał się wzdłuż stołów i pakował co pełniejsze flaszki do wora. Gandalf wymyślił, że niehonorowym będzie – inaczej wyjść niż wszedł na bal i z mozołem wspinał się na okno. Co gorsza, towarzyszył mu w tym Manndalf. Nie wróżyło to dobrze. Podochocony Wałek, który jako Firer chciał dowodzić całą operacją, wołał na Maszynistę, jedynego mundurowego w tym gronie... – Oberlojtnant do mnie! Baron von Goldrink! Weź zapakuj zapitkę! Obudźcie Niedźwiedzia! Eryk pomóż się ubrać Łołkawskiemu. Kosa pozbieraj czapki, bo pozapominali.
Wałek sam nałożywszy na głowę ogromną baranicę, przejrzał się w lustrze i pod nosem twardo wyszczekał – Ordnung muss sein.
Najtrudniejsza sprawa była z dyrektorem Słupkowskim, który uparcie nie chciał wsiadać do sań, tłumacząc płaczliwym głosem – Jam niegodzien! Mnie jeno ciągnąć wasze sanie.
Skończyło się na tym, że wrzucono go siłą. Kulig skrzypiąc płozami po śniegu i dzwoniąc dzwoneczkami, ruszył z kopyta. Pędzili pustymi ulicami, szybko oddalając się od centrum. Dojazd na umówione miejsce zabrał im dobre dwie godziny, toteż gdy się zatrzymali większość z uczestników eskapady wyskoczyła z sań aby rozprostować kości. Zziajane konie buchały z nozdrzy kłębami pary. Znajdowali się na skraju lasu, na dużej, co najmniej trzydziestoarowej parceli. Ponieważ była jasna księżycowa noc, można było dostrzec stojące na niej resztki konstrukcji przemysłowej.
– To tutaj – powiedział donośnym głosem Wałek. Nastrój niezrozumienia przeplatał się ze zdziwieniem. Chyba nikt nie wiedział o co chodzi.
– Co, nie wiecie, po co was tu przywiozłem?! – krzyczał – Nie wiecie gamonie! – wybiegł ma środek i jeszcze głośniej wrzasnął – Tutaj będzie nasze radio! Nasze radio! Kupiłem to dwa dni temu. Mam też obiecane pieniądze na początek.
Wszyscy wytrzeźwieli w jednej chwili. Nad lasem świecił bezczelnie jasno księżyc. Drogą w kierunku miasta posuwał się wolno pług śnieżny.
powrót ::