692580
Wszystko to fikcja – odcinek 28., ostatni
Odcinek 28.
Budynek szpitala był brudny i odrapany, nikt już nie pamiętał kiedy przeprowadzono tu ostatni remont. Wokół rozpościerał się park, był równie zaniedbanym, ale obecność setek starych drzew oraz zieleń rozległych trawników, czyniły to miejsce pięknym. Wiosna zagościła tu już na dobre i wszędzie czuło się jej silny oddech. Po ukrytych w zieleni alejkach wolno przesuwali się pensjonariusze, niektórzy z nich spacerowali w asyście pielęgniarzy. Nieopodal zabudowań gospodarczych pod rozłożysta wierzbą na ławce siedziała Agnes. Zmieniła się. Twarz pozbawiona makijażu i włosy zaczesane gładko do tyłu powodowały, że jej uroda nie była już tak wyzywająca. Siedziała skulona, pochylona do przodu, wydawało się, że głowę opiera na kolanach.
– Już cicho, cichutko. Już nie ma – mamrotała. Panujący wokół nastrój łagodności i ukojenia przerywał jedynie szczebiot ptaków i gdzieś z oddali mruczący niewyraźnie głos radia. Zbliżała się pora posiłku, pacjenci powoli zaczynali gromadzić się przed wejściem do stołówki. Punktualnie o trzynastej, wewnątrz, za matową szybą dwuskrzydłowych drzwi zamajaczyła czyjaś sylwetka. Rozległ się zgrzyt klucza w zamku. Jak co dzień, red. Dzwonnik nacisnął klamkę i pchnął energicznie drzwi do wewnątrz.
– Glin glan! Glin glan! – do uszu oczekujących dotarł dźwięk kilku dzwoneczków zawieszonych nad górną krawędzią futryny. Niektórzy z pacjentów dopiero teraz ocknęli się z uprzedniego odrętwienia.
– Obiad panie redaktorze, obiad, jak pan pięknie dzisiaj dzwonił – ruszyli w głąb sali. Po chwili ciszy, z różnych stron zaczęły dochodzić podekscytowane głosy.
– Dzwonnik, po obiedzie do dyrektora, redaktora wzywa doktor Słupkowski – słychać było szepty poczty pantoflowej. Przy stoliku red. Dzwonnika alias Swędzipiórko siedzieli: Donna Rea, ser Greg oraz Pomysłowy Gajowy.
– To zapewne w sprawie ordynatora Smoldera – Greg mówił lekko sztucznym. wyniosłym głosem – Nalać panu zupy? – spojrzał pytająco na Dzwonnika.
– Czy mógłby pan najpierw zadbać o damy? – upomniała go Donna Rea – A propos redaktorze, czy jest już następny odcinek powieści? Który to, dwudziesty czwarty, czy piąty, bo nie zaglądałam?
– Dwudziesty ósmy, właśnie się pisze – Swędzipiórko miał tajemniczą minę.
– A ja myślę, że za te pomysły z ukatrupieniem ordynatora Smoldera, nasz pisarz powędruje do trójki i tam na słuchaweczkach odsłucha swojej ulubionej audycji – Greg łowił coś łyżką w zupie – Ja niestety nic nie słyszałem, nic nie czytałem, się jak to mówią nie interesuję – położył wyłowione znalezisko na krawędzi talerza.
Wymieniając trójkę Greg miał na myśli pokój zabiegowy o numerze trzecim, mieszczący się w suterenie. Dawniej rutynowo przeprowadzano tam zabiegi elektrowstrząsów. Oficjalnie zabiegi takie od lat były zakazane, ale publiczną tajemnicą jawił się fakt, że Smolder przymyka oczy, gdy starszy pielęgniarz Maszynista, robił je i obecnie uciążliwym pacjentom. Każdy z pacjentów wiedział, że po elektrowstrząsach z trójki odwożono na salę praktycznie tylko ludzkie ciało i przez tydzień człowiek po takim zabiegu nie rozpoznawał otoczenia, stawał się otępiały i bezwolny, tak jak gdyby przez jego mózg przejechał z ogromną prędkością pociąg-ekspres. Ci co tam byli opowiadali, że pamiętają tylko moment przywiązywania pasami do łóżka i pochylającego się nad nimi Maszynistę, który wkładał im na głowę elektrody przypominające słuchawki i wołał – Wszyscy wsiedli!? No to odjazd!!! – potem spadali z krzykiem w otchłań i trwało to wieczność.
Dzwonnik już wiedział, że dzisiaj nie przełknie ani łyka zupy więcej, odsunął ostentacyjnie talerz. Dłuższy czas panowało milczenie.
– Wiem że kieruje wami strach. Nie musicie czytać mojej powieści, są też inni czytelnicy – Dzwonnik wyprostował się i lekko nadął.
– Pewno, oprócz nas to jeszcze Re, Kass, Baton, Beton, Obi, Zorro... itd itd. Hi hi hi! – zaśmiał się Greg, wziął serwetkę i starannie wytarł usta. Pomysłowy Gajowy podniósł rękę do góry i wyraźnie szykował się, by coś powiedzieć.
– Hulaj dusza piekła nie ma
Internotes – wieczna ściema!
Ze szczęścia, że wymyślił taką zgrabną rymowankę wziął serwetkę, błyskawicznie poskładał z niej maleńką czapeczkę i ostrożnie położył ją na głowie red. Swędzipiórko.
– No popatrz, a mogłeś sobie redaktorku spokojnie pisać tę paplaninę, ale nie, bo ty chłopie masz kuku na muniu. Jak podskoczyłeś w powieści u Maszynisty to potem wszyscy co zrobili ci wpis na forum w internotesie mieli zimną wodę w prysznicu i to przez tydzień. Zlitował się jedynie nad Agnes, miała z nim zresztą tam dłuższe spotkanie – Greg zdenerwowany wstał, moment się wahał co zrobić, ale zaraz usiadł ponownie sapiąc ze złości. – I mnie to też boli! Że ty jesteś wariat z wariatkowa to... Ale nas już do tego nie mieszaj, skończyło się.
– Uhm, uhm – z ulgą potakiwała Donna.
Swędzipiórko był załamany. Trzy miesiące temu zgodził się na eksperymentalną terapię, w myśl której, on redaktor miał pisać w specjalnym zeszycie zwanym Internotesem, powieść w odcinkach. Doktor Słupkowski dawał mu wolną rękę co do tematu i innych szczegółów, ale umowa była następująca. Tak długo jak długo uda mu się zainteresować akcją powieści pacjentów, Słupkowski obiecał – żadnych neurotropów, spowalniaczy ani nawet nic nasennego. Pełna przejrzystość umysłu, a więc wolność dla myśli, możliwość nieskrępowanego korzystania z wyobraźni. To miało być tak jak w opowieści z tysiąca i jednej nocy. Pomimo dalszego uwięzienia w zamkniętym ośrodku psychiatrycznym był to jednak ogromny krok ku swobodzie i jak na tutejsze standardy niebywały przywilej. Świadectwem na to, że jest zainteresowanie wśród pacjentów były wpisy w Internotesie leżącym na stoliku w korytarzu budynku głównego.
Konstruując powieść, zastanawiał się co mogłoby wzbudzić największe emocje wśród takich jak on specyficznych odbiorców. Wymyślił, że intryga powieści musi dziać się w szpitalu. Historia musi dotyczyć pokoju numer trzy, musi opowiadać o tym, że otępianie pacjentów prochami, stosowanie elektrowstrząsów stało się, po wielu latach zakazu, możliwe dopiero po odejściu ordynatora prof. Kaczora i nastaniu rządów znienawidzonego doc. Smoldera. Z wiadomych względów nie mógł pisać wprost o szpitalu. Uwolniona od prochów wyobraźnia podsunęła mu pomysł, aby akcję powieści przenieść do radia, a konkretnie do Programu Trzeciego. Analogie z obecną sytuacją w Trójce były wyraźne. Woal, który nałożył na powieść okazał się jednak zbyt cienki i kruchy. Rządcy szpitala, prędko zorientowali się, że tak naprawdę to historia ta opowiada o nich. Było to możliwe być może dlatego, że red. Swędzipiórko naprawdę był wariatem i nie zmienił w swej powieści ani nazwisk ani popularnych przezwisk pracowników szpitala. Szybko też tych czytelników jego powieści, którzy wpisywali się do internotesu dosięgnęły represje Maszynisty, Słupkowskiego i innych. Cały czas aluzje i kamuflaż w powieści był czytelny dla kierownictwa szpitala. Pełna wpadka. Dyrekcja postanowiła go wezwać i się z nim porachować. Jedno czego nie rozumiał, to dlaczego dopiero teraz? Skoro wiedzieli od początku.
Już za niecałą godzinę szedł korytarzem popychany jak skazaniec przez Maszynistę.
– Co świrku, już niedługo dostaniesz szprycę z głupiego jasia i pojedziemy moim ekspresem. Dzień ci tak szybko poppłynie, że obudzisz się w przyszłym tygodniu – pielęgniarz spoglądał z pogardą na Dzwonnika.
Dotarli do gabinetu dyrektora. Drzwi były otwarte, a Slupkowski stał w wejściu.
– Proszę nas zostawić samych – zwrócił się do Maszynisty, po czym delikatnie wziął Swędzipiórkę jak dziecko za rękę i wprowadził do środka.
– Niech pan siada, mam dla pana same dobre wiadomości – dyrektor wskazał fotel – Jest pan zdrowy, jest pan wyleczony. Terapia okazała się absolutnym sukcesem – poczęstował Dzwonnika miętusem. Sam wziął dwa.
– Pisząc o swoich fobiach całkowicie uwolnił pan psychikę i odblokował w ten sposób kompleks IW, Imperatywu Wyobraźni. Pisząc powieść, samodzielnie pan dowiódł, że wcale nie potrzeba być dowcipnym, nowatorskim czy kreatywnym, uprawiając jeden z tak zwanych wolnych zawodów. Można być zwykłym tępakiem i jak to mówią pracować w telewizji. No w radio jak pan woli – dyrektor przeglądał jakieś papiery – Wie pan, że od dwóch tygodni nie ma pan żadnego wpisu w internotesie? Pełen sukces, zanikł u pana zupełnie Zespół Horiolis Imaginancjum, jest pan nareszcie uwolniony od wyobraźni. No cóż, możemy sobie tylko wzajemnie pogratulować. A te drobne uszczypliwości w pana powieści... Doprawdy nie brałem tego do siebie, w końcu jestem lekarzem... Krótko mówiąc jest pan zdrów i jest pan wolny redaktorze.
Wszystko co działo się potem: pakowanie swoich rzeczy, pożegnanie ze współtowarzyszami, minęło błyskawicznie i w stanie półświadomości. Swędzipiórko ocknął się dopiero, gdy stał już za bramą ośrodka, słysząc na odchodnym słowa Maszynisty
– Jeszcze się spotkamy, świrku – i trzask metalowych drzwi, na których ktoś nagryzmolił sprayem Wszystko to fikcja.
Ulicą normalnie jeździły samochody i normalnie z każdego słychać było walenie techno – BUM! BUM! BUM! – i jeszcze – BUM!
Przeszedł na drugą stronę i przystanął przy kiosku, aby przejrzeć gazety. Na okładkach, ale też i wewnątrz szczerzyły się do niego normalne plastykowe uśmiechy. Przeglądał gazetę po gazecie, wszędzie było to samo: reklamy i fotografie plastykowych ludzi, ludzi? I w ogóle nie było treści, nic, żadnego artykułu, ani słowa.
– Weź pan se te, bo ostatnio reklamują – gruba, brzydka kioskarka żuła gumę, co miała wybielać zęby.
Swędzipiórko dostrzegł w szybie odbicie swojej twarzy, popatrzył jeszcze raz na kioskarkę, a potem na leżące przed nią gazety. Przeraził się – A gdzie my jesteśmy? Nas nie ma! – wykrzyknął i wybiegł na ulicę, gdzie zniknął. Zniknął, w zupełnie absolutnie cudowny sposób. Gruba kioskarka przetarła oczy nie dowierzając temu co zobaczyła.
– A może go rzeczywiście nie było? Widziałam kiedyś taki serial. Ale ja jestem, co nie? – spojrzała na okładkę jednego z tygodników – Pewno że jestem. Zresztą był świr czy świra nie było... Ja jestem. Normalna.
KONIEC
Budynek szpitala był brudny i odrapany, nikt już nie pamiętał kiedy przeprowadzono tu ostatni remont. Wokół rozpościerał się park, był równie zaniedbanym, ale obecność setek starych drzew oraz zieleń rozległych trawników, czyniły to miejsce pięknym. Wiosna zagościła tu już na dobre i wszędzie czuło się jej silny oddech. Po ukrytych w zieleni alejkach wolno przesuwali się pensjonariusze, niektórzy z nich spacerowali w asyście pielęgniarzy. Nieopodal zabudowań gospodarczych pod rozłożysta wierzbą na ławce siedziała Agnes. Zmieniła się. Twarz pozbawiona makijażu i włosy zaczesane gładko do tyłu powodowały, że jej uroda nie była już tak wyzywająca. Siedziała skulona, pochylona do przodu, wydawało się, że głowę opiera na kolanach.
– Już cicho, cichutko. Już nie ma – mamrotała. Panujący wokół nastrój łagodności i ukojenia przerywał jedynie szczebiot ptaków i gdzieś z oddali mruczący niewyraźnie głos radia. Zbliżała się pora posiłku, pacjenci powoli zaczynali gromadzić się przed wejściem do stołówki. Punktualnie o trzynastej, wewnątrz, za matową szybą dwuskrzydłowych drzwi zamajaczyła czyjaś sylwetka. Rozległ się zgrzyt klucza w zamku. Jak co dzień, red. Dzwonnik nacisnął klamkę i pchnął energicznie drzwi do wewnątrz.
– Glin glan! Glin glan! – do uszu oczekujących dotarł dźwięk kilku dzwoneczków zawieszonych nad górną krawędzią futryny. Niektórzy z pacjentów dopiero teraz ocknęli się z uprzedniego odrętwienia.
– Obiad panie redaktorze, obiad, jak pan pięknie dzisiaj dzwonił – ruszyli w głąb sali. Po chwili ciszy, z różnych stron zaczęły dochodzić podekscytowane głosy.
– Dzwonnik, po obiedzie do dyrektora, redaktora wzywa doktor Słupkowski – słychać było szepty poczty pantoflowej. Przy stoliku red. Dzwonnika alias Swędzipiórko siedzieli: Donna Rea, ser Greg oraz Pomysłowy Gajowy.
– To zapewne w sprawie ordynatora Smoldera – Greg mówił lekko sztucznym. wyniosłym głosem – Nalać panu zupy? – spojrzał pytająco na Dzwonnika.
– Czy mógłby pan najpierw zadbać o damy? – upomniała go Donna Rea – A propos redaktorze, czy jest już następny odcinek powieści? Który to, dwudziesty czwarty, czy piąty, bo nie zaglądałam?
– Dwudziesty ósmy, właśnie się pisze – Swędzipiórko miał tajemniczą minę.
– A ja myślę, że za te pomysły z ukatrupieniem ordynatora Smoldera, nasz pisarz powędruje do trójki i tam na słuchaweczkach odsłucha swojej ulubionej audycji – Greg łowił coś łyżką w zupie – Ja niestety nic nie słyszałem, nic nie czytałem, się jak to mówią nie interesuję – położył wyłowione znalezisko na krawędzi talerza.
Wymieniając trójkę Greg miał na myśli pokój zabiegowy o numerze trzecim, mieszczący się w suterenie. Dawniej rutynowo przeprowadzano tam zabiegi elektrowstrząsów. Oficjalnie zabiegi takie od lat były zakazane, ale publiczną tajemnicą jawił się fakt, że Smolder przymyka oczy, gdy starszy pielęgniarz Maszynista, robił je i obecnie uciążliwym pacjentom. Każdy z pacjentów wiedział, że po elektrowstrząsach z trójki odwożono na salę praktycznie tylko ludzkie ciało i przez tydzień człowiek po takim zabiegu nie rozpoznawał otoczenia, stawał się otępiały i bezwolny, tak jak gdyby przez jego mózg przejechał z ogromną prędkością pociąg-ekspres. Ci co tam byli opowiadali, że pamiętają tylko moment przywiązywania pasami do łóżka i pochylającego się nad nimi Maszynistę, który wkładał im na głowę elektrody przypominające słuchawki i wołał – Wszyscy wsiedli!? No to odjazd!!! – potem spadali z krzykiem w otchłań i trwało to wieczność.
Dzwonnik już wiedział, że dzisiaj nie przełknie ani łyka zupy więcej, odsunął ostentacyjnie talerz. Dłuższy czas panowało milczenie.
– Wiem że kieruje wami strach. Nie musicie czytać mojej powieści, są też inni czytelnicy – Dzwonnik wyprostował się i lekko nadął.
– Pewno, oprócz nas to jeszcze Re, Kass, Baton, Beton, Obi, Zorro... itd itd. Hi hi hi! – zaśmiał się Greg, wziął serwetkę i starannie wytarł usta. Pomysłowy Gajowy podniósł rękę do góry i wyraźnie szykował się, by coś powiedzieć.
– Hulaj dusza piekła nie ma
Internotes – wieczna ściema!
Ze szczęścia, że wymyślił taką zgrabną rymowankę wziął serwetkę, błyskawicznie poskładał z niej maleńką czapeczkę i ostrożnie położył ją na głowie red. Swędzipiórko.
– No popatrz, a mogłeś sobie redaktorku spokojnie pisać tę paplaninę, ale nie, bo ty chłopie masz kuku na muniu. Jak podskoczyłeś w powieści u Maszynisty to potem wszyscy co zrobili ci wpis na forum w internotesie mieli zimną wodę w prysznicu i to przez tydzień. Zlitował się jedynie nad Agnes, miała z nim zresztą tam dłuższe spotkanie – Greg zdenerwowany wstał, moment się wahał co zrobić, ale zaraz usiadł ponownie sapiąc ze złości. – I mnie to też boli! Że ty jesteś wariat z wariatkowa to... Ale nas już do tego nie mieszaj, skończyło się.
– Uhm, uhm – z ulgą potakiwała Donna.
Swędzipiórko był załamany. Trzy miesiące temu zgodził się na eksperymentalną terapię, w myśl której, on redaktor miał pisać w specjalnym zeszycie zwanym Internotesem, powieść w odcinkach. Doktor Słupkowski dawał mu wolną rękę co do tematu i innych szczegółów, ale umowa była następująca. Tak długo jak długo uda mu się zainteresować akcją powieści pacjentów, Słupkowski obiecał – żadnych neurotropów, spowalniaczy ani nawet nic nasennego. Pełna przejrzystość umysłu, a więc wolność dla myśli, możliwość nieskrępowanego korzystania z wyobraźni. To miało być tak jak w opowieści z tysiąca i jednej nocy. Pomimo dalszego uwięzienia w zamkniętym ośrodku psychiatrycznym był to jednak ogromny krok ku swobodzie i jak na tutejsze standardy niebywały przywilej. Świadectwem na to, że jest zainteresowanie wśród pacjentów były wpisy w Internotesie leżącym na stoliku w korytarzu budynku głównego.
Konstruując powieść, zastanawiał się co mogłoby wzbudzić największe emocje wśród takich jak on specyficznych odbiorców. Wymyślił, że intryga powieści musi dziać się w szpitalu. Historia musi dotyczyć pokoju numer trzy, musi opowiadać o tym, że otępianie pacjentów prochami, stosowanie elektrowstrząsów stało się, po wielu latach zakazu, możliwe dopiero po odejściu ordynatora prof. Kaczora i nastaniu rządów znienawidzonego doc. Smoldera. Z wiadomych względów nie mógł pisać wprost o szpitalu. Uwolniona od prochów wyobraźnia podsunęła mu pomysł, aby akcję powieści przenieść do radia, a konkretnie do Programu Trzeciego. Analogie z obecną sytuacją w Trójce były wyraźne. Woal, który nałożył na powieść okazał się jednak zbyt cienki i kruchy. Rządcy szpitala, prędko zorientowali się, że tak naprawdę to historia ta opowiada o nich. Było to możliwe być może dlatego, że red. Swędzipiórko naprawdę był wariatem i nie zmienił w swej powieści ani nazwisk ani popularnych przezwisk pracowników szpitala. Szybko też tych czytelników jego powieści, którzy wpisywali się do internotesu dosięgnęły represje Maszynisty, Słupkowskiego i innych. Cały czas aluzje i kamuflaż w powieści był czytelny dla kierownictwa szpitala. Pełna wpadka. Dyrekcja postanowiła go wezwać i się z nim porachować. Jedno czego nie rozumiał, to dlaczego dopiero teraz? Skoro wiedzieli od początku.
Już za niecałą godzinę szedł korytarzem popychany jak skazaniec przez Maszynistę.
– Co świrku, już niedługo dostaniesz szprycę z głupiego jasia i pojedziemy moim ekspresem. Dzień ci tak szybko poppłynie, że obudzisz się w przyszłym tygodniu – pielęgniarz spoglądał z pogardą na Dzwonnika.
Dotarli do gabinetu dyrektora. Drzwi były otwarte, a Slupkowski stał w wejściu.
– Proszę nas zostawić samych – zwrócił się do Maszynisty, po czym delikatnie wziął Swędzipiórkę jak dziecko za rękę i wprowadził do środka.
– Niech pan siada, mam dla pana same dobre wiadomości – dyrektor wskazał fotel – Jest pan zdrowy, jest pan wyleczony. Terapia okazała się absolutnym sukcesem – poczęstował Dzwonnika miętusem. Sam wziął dwa.
– Pisząc o swoich fobiach całkowicie uwolnił pan psychikę i odblokował w ten sposób kompleks IW, Imperatywu Wyobraźni. Pisząc powieść, samodzielnie pan dowiódł, że wcale nie potrzeba być dowcipnym, nowatorskim czy kreatywnym, uprawiając jeden z tak zwanych wolnych zawodów. Można być zwykłym tępakiem i jak to mówią pracować w telewizji. No w radio jak pan woli – dyrektor przeglądał jakieś papiery – Wie pan, że od dwóch tygodni nie ma pan żadnego wpisu w internotesie? Pełen sukces, zanikł u pana zupełnie Zespół Horiolis Imaginancjum, jest pan nareszcie uwolniony od wyobraźni. No cóż, możemy sobie tylko wzajemnie pogratulować. A te drobne uszczypliwości w pana powieści... Doprawdy nie brałem tego do siebie, w końcu jestem lekarzem... Krótko mówiąc jest pan zdrów i jest pan wolny redaktorze.
Wszystko co działo się potem: pakowanie swoich rzeczy, pożegnanie ze współtowarzyszami, minęło błyskawicznie i w stanie półświadomości. Swędzipiórko ocknął się dopiero, gdy stał już za bramą ośrodka, słysząc na odchodnym słowa Maszynisty
– Jeszcze się spotkamy, świrku – i trzask metalowych drzwi, na których ktoś nagryzmolił sprayem Wszystko to fikcja.
Ulicą normalnie jeździły samochody i normalnie z każdego słychać było walenie techno – BUM! BUM! BUM! – i jeszcze – BUM!
Przeszedł na drugą stronę i przystanął przy kiosku, aby przejrzeć gazety. Na okładkach, ale też i wewnątrz szczerzyły się do niego normalne plastykowe uśmiechy. Przeglądał gazetę po gazecie, wszędzie było to samo: reklamy i fotografie plastykowych ludzi, ludzi? I w ogóle nie było treści, nic, żadnego artykułu, ani słowa.
– Weź pan se te, bo ostatnio reklamują – gruba, brzydka kioskarka żuła gumę, co miała wybielać zęby.
Swędzipiórko dostrzegł w szybie odbicie swojej twarzy, popatrzył jeszcze raz na kioskarkę, a potem na leżące przed nią gazety. Przeraził się – A gdzie my jesteśmy? Nas nie ma! – wykrzyknął i wybiegł na ulicę, gdzie zniknął. Zniknął, w zupełnie absolutnie cudowny sposób. Gruba kioskarka przetarła oczy nie dowierzając temu co zobaczyła.
– A może go rzeczywiście nie było? Widziałam kiedyś taki serial. Ale ja jestem, co nie? – spojrzała na okładkę jednego z tygodników – Pewno że jestem. Zresztą był świr czy świra nie było... Ja jestem. Normalna.
KONIEC
powrót ::