692580
Na razie – Jacek Podsiadło w Znaku
Autor polemizuje z tekstem Bartłomija Dobroczyńskiego Trzecia Rzesza Popkultury
Żeby móc wroga pokonać, trzeba go najpierw poznać – mawiał jeden z moich katechetów poświęcając parę lekcji Świadkom Jehowy, Zielonoświątkowcom i innym wypaczeniom w łonie. Nie zgadzam się do końca ani z tą złotą myślą, ani z mottem z Franka Zappy stanowiącym usprawiedliwienie tekstu Bartka Dobroczyńskiego. Za dużo jest zjawisk napawających mnie obrzydzeniem, abym miał je wszystkie badać, i dokładna ich znajomość nie wydaje mi się warunkiem koniecznym dla stawienia im oporu. Przynajmniej jednostkowego, choć wobec my konsekwentnie używanego przez Autora Trzeciej Rzeszy Popkultury, powinienem też chyba pomyśleć o losie narodu. Z satysfakcją odnotowuję, że jakkolwiek nie wiem, co to dolce&gabana, torebki od prady itd., dokładnie wiem, o czym mowa w jego tekście i jaki jest mój stosunek do tego czegoś. A w pytaniu Redakcji, czy to coś zagraża naszej wolności, podmiotowości i prawom jednostki, najbardziej interesują mnie jednak prawa jednostki.
Prawdę powiedziawszy, widząc kategorie terroru i faszyzmu przyłożone do prymitywnych, zniewalających i panoszących się wszędzie, ale przecież tylko rozrywki i stylu bycia, odczuwam pewien dyskomfort. I nie wiem, czy mam do czynienia z mówieniem o rzeczach poważnych niepoważnie, czy na odwrót. Mimo wszystko jest dość oczywista różnica między godziną policyjną a godziną, kiedy telewizja, ta strażniczka ogniska domowego, zmienia się w rynsztok, w którym ściga się tylko stado Ew Drzyzg i Klodów Wandamów; między obozem koncentracyjnym a domem Głupiego Brata. Bardziej niż to, że nie słychać zbiorowych wyrazów społecznego zaniepokojenia – a słychać je rzeczywiście rzadko – niepokoi, że jeśli już takie społeczne szemranie się podniesie, nie powoduje żadnej znaczącej reakcji ludzi odpowiedzialnych za stan kultury, tych, którzy mają możliwość jakimś wycinkiem kultury sterować. Dobrym przykładem może tu być batalia o publiczne radio, zwłaszcza o kształt programu III. W powodzi eterycznego szajsu program ten, nie będący przecież oazą kultury szczególnie wysokiej, ale najzwyczajniej przyzwoity, stał się ostatnim bastionem popularnego, inteligentnego radia dla inteligentnych Polaków. I cały ten bastion, wraz z lamentującym pospolitym ruszeniem jego wiernych słuchaczy, nic nie znaczył wobec odgórnych decyzji przerobienia trójki na kolejną mutację popkulturowej szczekaczki rzygającej przebojami z playlisty. Powodem głównym było co? Oczywiście niska słuchalność na poziomie 5-6 %. I to już może przerażać, bo jest wyrażonym okrężnie impertynenckim credo Demokracji: ponieważ jest was tylko 5-6 %, nie macie prawa do swojego radia. Mimo, że istnieją regulacje prawne mówiące o sławetnej misji radia publicznego, w materii tak elastycznej wszelkie regulacje łatwo nagiąć do aktualnego widzimisię decydentów. Jestem zwolennikiem poglądów typu nie musisz kupować, możesz wyłączyć i też uważam je za zdrowe. Ale tylko tak długo, jak długo można kupić lub włączyć co innego. Trzymając się radiofonii: w sytuacji, kiedy instytucje państwowe uzurpują sobie prawo do przydzielania częstotliwości i koncesji, a nie dbają o prawa mniejszości do radia innego niż najpowszechniej słuchane, czynią krok w kierunku – tu już nie boję się takiego słowa – totalizmu. I to już może być analogią do opisanej sytuacji, kiedy wiara w horoskopy staje się przyczyną dyskryminacji.
W moim mniemaniu na razie nie mamy jeszcze do czynienia z Kulturkampf i totalnym ujednoliceniem kulturowych wzorców. Kulturalna partyzantka wciąż jeszcze jest możliwa, choć wróg już się okopał na zdobytych pozycjach. Nie ma już przyzwoitego popularnego radia ani przyzwoitej stacji telewizyjnej, ale cudem (i zapewne na razie) ocalał elitarny program II, a raz na ruski rok w telewizji trafia się dobry film. Wciąż można kupić w naszym nie tak znów górzystym kraju niegórski rower, znaleźć niezłą płytę w sklepie, nieharlekina w antykwariacie książkowym, kupić buty z niekwadratowym czubem, nieprofesjonalnie pocałować Karolinę (choć z Mariolą już by to nie przeszło). Popkulturowy nowotwór przerzucający się na coraz to nowe dziedziny życia społecznego albo zubaża, albo utrudnia świadome życie, ale w pewnym stopniu i pewnym osobom może je ułatwić. Może ułatwić np. wartościowanie i wybór tego, co dobre; mechaniczną, ale skuteczną ocenę etyczną wielu zjawisk, osób czy produktów. Komuś, kto wie, że fundamentem reklamy jest kłamstwo, a fundamentem zasady top ten sprzedajność, wystarcza odwrócić chore hierarchie i rankingi, i już ostatni są pierwszymi. Akurat wojnę informacyjną z taką Trzecią Rzeszą łatwo wygrywać. Niżej podpisany od czasów prusakolepu ma nawyk omijania szerokim łukiem wszelkich reklamowanych towarów i w sklepach nie musi długo myśleć. Chce kupić płytę z muzyką, ale tę wokalistkę widział na bilbordzie i poznał po mordzie całą wartość jej sztuki. Wie, że z tym panem, który dwa razy w ciągu jednego miesiąca był w telewizorze, nie ma o czym gadać. Ale to niżej podpisany, który choćby z racji wieku miał szczęście asystować przy wrzaskliwym porodzie popkultury w kraju kultury socrealistycznej i zdążył się zaimpregnować na jej uroki. A co z jego i znajomych córkami i synami, nie znającymi innych miar wartościowania niż top ten, cycki-tyłki-stroje i peelen? Co z narodem i przyszłością narodu?
Na to właśnie pytanie niżej podpisany nie zna odpowiedzi. Można się pocieszać, że szkolna tablica (rozumiem, że na przerwie), podobnie jak pulpity ławek i ściany szkolnych toalet, nie jest odpowiednim miejscem do pisania o mądrości i wrażliwości, co nie znaczy, że słowa te są młodym ludziom nieznane. Ale i tak istnieje obawa, że umysły ukształtowane w czasach popkultury totalizującej pozbawione będą krytycyzmu i zdolności do obiektywnych ocen. Dopiero lata pokażą, jak wychowaliśmy swoje dzieci. Albo jak nam je wychował telewizor. A nawet przy najlepszych chęciach wychowanie w opozycji wobec telewizora rodzi trudności nieprzezwyciężalne. Trudno się nie zgodzić, że ktoś niezorientowany w niuansach aktualnych Barów i Idolów, w środowisku szkolnym naraża się na izolację i niechęć i ciężko gotować taki los własnemu dziecku. Na pewno nie muszą brać w tym wszystkim udziału, ale ile ich to będzie kosztować? Osobiście mam nadzieję, opartą niestety tylko na intuicji i analogii do totalizmów minionych, że podskórne trendy alternatywne wobec dominującego trendy przetrwają. Mimo odwiecznego, a dziś szczególnie widocznego, choć pod nowymi nazwami, przerabiania na doraźne trendy wszystkiego, co niszowe. Mimo kreowania fałszywych, chwilowych idoli, mogą się pojawić prawdziwi (a więc także cisi) bohaterowie. I tylko tego oczekuję, przetrwania enklaw, nie zawrócenia Wisły kijem. Bo zarysowana przez Bartka w finale sytuacja rewolucyjna zapewne doprowadzi do wybuchu. Obawiam się tylko, że wśród rewolucyjnych postulatów pierwszym może być Więcej tokszołów i teleturniejów! Każdy obywatel ma coś do powiedzenia i każdy ma prawo coś wygrać!
2004-03-25
powrót ::