692580
Czy to jest miłość do Trójki? - Empik News, kwiecień 2004
2004.04.09
Czy znajduje Pan jakieś radio, którego słucha? Teraz wszystkie są do siebie podobne.To jest, niestety, tragedia. Kiedy zaczynałem własne zabawy radiowe, kiedy uruchomiliśmy Radio Kolor, to idąc drogą postępu technicznego, wprowadziliśmy program Selector, który był powszechnie używanym elektrycznym wybieraczem piosenek. Okazało się, że jest to dość kretyński program. Na szczęście przyjmował uwagi, więc myśmy go korygowali na ile się dało, a ja i tak pozwalałem sobie na manualną korektę, bo nie wyobrażałem sobie, żeby grać plejlistę tak, jak komputer wypluje. Ja inaczej rozumiem radio. Teraz się okazuje, że wiele stacji traktuje taką plejlistę jak absolutnie nieprzekraczalny dokument. Efekt jest taki jaki jest. Może to się podoba dzisiejszym słuchaczom. Mi nie.
Czyli nie podoba się Panu tak zwane radio towarzyszące?
To nie tak! Czy podoba mi się kobieta towarzysząca? Odpowiem Panu dopiero jak ją poznam. To samo jest z radiem. Może być radio do d..., które nazywa się towarzyszącym, a może być takie, które bym sobie życzył, aby mi towarzyszyło. Natomiast to, co Pan rozumie pod tym terminem, czyli radio z bezosobowym szemraniem, bez podawania tytułów piosenek i z bąkającym coś dj-em, nie podoba mi się.
Twórcy takiego radia mówią, że o każdej porze dnia i nocy powinno mieć swój jednakowy styl, czyli być takie samo. Z kobietą to chyba nie najlepiej by było.
Tu porównanie się kończy, bo to musiałaby być kobieta plastikowa. Radio plastikowe, niestety, wszędzie można znaleźć. Nie, nie podoba mi się to i uważam, że słuchacze są zmuszeni do słuchania tej papki. Dokładnie pamiętam reakcje tych samych słuchaczy na trudne radio, którym bywała dawna Trójka i to bez podziału na intelekt, wyższe studia, czy miejscowość, w której mieszkają. Reakcja była fantastyczna i ludzie rozwijali się razem z nami, a teraz im to zabrano. Słuchacz, z wyjątkiem jednostek, nie jest osobowością, która będzie walczyła aktywnie o inne formy rozrywki. On ma swoje zmartwienia i problemy, to jeszcze tym się będzie zajmował? Jak dostanie coś lepszego, to doceni. Jak dostaje kit, to go przeżuwa.
Może takie radio robi się dla większości, a słuchacze, którzy rozwijali się razem z Trójką, byli w mniejszości?Być może wśród tej większości są tacy, którzy mówią: "O rany, co za chała", ale przyjmują, bo to jest.
Więc na przewrót ze strony słuchaczy nie mamy co liczyć. A może zmieni się myślenie ze strony szefów?
Nie sądzę. Chyba, że jakaś stacja, czy jakiś dyrektor zwariuje i powie: "róbcie mi tu prawdziwe radio" i będzie próbował taką stację poprowadzić, ryzykując finansowo. Dla mnie jest oczywiste, że to powinna być któraś ze stacji państwowych, bo ciągle się gada o misji, a trwoni się pieniądze na przypasowanie Trójki do komercyjnych stacji. Może tak musi być, może ja się nie nadaję do niczego i powinienem zamknąć dziób, siedzieć w piwnicy i słuchać swoich niepopularnych płyt.
Na razie jeszcze jest Pan w Trójce, chociaż w szczątkowym wymiarze. Ile tego jest?
Raz w tygodniu dwie godziny - od północy do drugiej nad ranem. Mam jeszcze z Niedźwiedziem krótkie rozmowy o jednej piosence w ciągu dnia.
Pan zawsze deklarował miłość do radia, ale czy jest to miłość do Trójki, czy w ogóle miłość do sitka mikrofonowego.
To mi Pan zabił klina, bo zawsze to było dla mnie jednoznaczne, a teraz trudno mi powiedzieć. Chyba sitko, a do Trójki to z rozpędu. Ona w moim przypadku nie jest wdzięczną kochanką.
Ale została przez Pańską wierność.
Przez wierność, przez jakieś dawne sympatie, które gdzieś tam po korytarzu czasem się przemieszczą, przez słuchaczy, którzy pamiętają inne czasy i to co robię. Mimo że moja audycja jest w środku nocy, to dostaję dużo sygnałów od słuchaczy, a nawet od takich, którzy specjalnie czekają na ten program. To też jest silny magnes.
Teraz chyba nie chodzi Pan do radia z górą swoich płyt?
Ja chodzę wyłącznie ze swoimi płytami.
Ale podejrzewam, że to nie jest góra, skoro zostały te dwie godziny tygodniowo. Selekcja muzyki w domu jest pewnie bolesna.Jedynym pocieszeniem jest to, że za tydzień znowu zrobię audycję.
Andrzej Olechowski, który zaczynał z Panem w Rozgłośni Harcerskiej powiedział, że wtedy, a były to lata 60-te, radio robili ci, którzy mieli płyty. Ile Pan miał płyt, gdy pierwszy raz zapukał do rozgłośni?
Ze trzy...
Imponująca liczba to nie była...
Ale rzeczywiście jak ktoś dostał od wujka z zagranicy płytę, albo ojciec mu przywiózł, to ten ktoś przez parę tygodni był bardzo ważny i mógł nawet zostać redaktorem. Radio nie miało tej płyty, więc z dobrodziejstwem inwentarza brało tego właściciela, który coś bąkał na temat ulubionej muzyki. Po pewnym czasie było wiadomo, kto bąka lepiej, kto gorzej, kto się jakoś tam nadaje. A mi stopniowo przybywało płyt.
Czyli najpierw poszedł Pan do radia z kolegą, a potem rozwinęła się ta pasja płytowa?
Pasja płytowa była najpierw. Ja żartuję, że miałem trzy płyty. Takich nadających się do audycji longplayów to miałem może ze dwanaście. Ale pasja była dużo wcześniej. Miałem obcykaną całą angielską listę przebojów. Słuchaliśmy z Andrzejem w nocy Top 20, notowaliśmy wyniki. Wydobywaliśmy ze wszystkich możliwych źródeł informacje i nagrania, więc my byliśmy bardzo poważnie na bieżąco. Nauczyliśmy się angielskiego po to, żeby to rozumieć. Najtrudniej było o płyty, ale swoimi sposobami jakoś się zdobywało.
To proszę zdradzić, jakie to cuda się wyprawiało, żeby zdobyć płytę, która była w Polsce rarytasem?
Należałem do ośmiu chyba klubów wymiany korespondencji z Anglii. Korespondowałem z jakimiś dziewczynami tylko po to, żeby w końcu umówić się na wymianę płyt. Drugim sposobem była wymiana lokalna i czarny rynek płytowy ze specjalnymi miejscami w Warszawie. Były miejsca tak absurdalne, jak fotoplastikon, w którym można było obejrzeć jakieś widoczki przedwojenne przez lornetkę, a jednocześnie pani miała pod blatem bardzo ciekawe albumy amerykańskie z niewiadomych źródeł. I oczywiście byli znajomi. Jak ktoś dostał płytę, to wszyscy od razu o tym wiedzieli i trzeba było od niego czym prędzej ją wydobyć. Oczywiście nie zniżaliśmy się do takich rzeczy, jak pocztówki dźwiękowe. To była nie ta jakość.
Takie płyty to był chyba przedmiot olbrzymiej zazdrości.
Potwornej! Ja w momencie, kiedy miałem już ze dwadzieścia płyt, byłem najważniejszy w szkole. Byłem zapraszany na każdą prywatkę, nie dlatego, że świetnie tańczyłem, ale dlatego, że miałem najlepszą muzykę. Oczywiście nosiłem wybrane rzeczy, bo jak mi słodkim winem zalali Cliffa Richarda, to myślałem, że ich pozabijam.
Niechętnie się je pożyczało?
Płyty pożyczali naiwniacy, chyba że pożyczało się w absolutnie stuprocentowo zaufane ręce. Ja takich osób, którym gotów byłem pożyczyć moją własną, czarną płytę, miałem może ze trzy. Wiem, co się działo. Wiem, do jakiego stopnia rozpowszechnione było barbarzyństwo płytowe. Jak nie bardzo chciała grać, to się na ramię adaptera kładło 20 złotych, albo ciężarek i wtedy to była katastrofa. Raz zagrało, a potem to było zniszczone. Paluchami brudnymi od rosołu brali te płyty. Myśmy za to byli laborantami. Gdybym ja Panu pokazał czarne płyty z tamtych lat, które mi zostały, to by mi Pan nie uwierzył. Żadnych rys, grają bez szumu, bo ja się z nimi pieściłem, jak z nitrogliceryną.
A gdy nadeszła rewolucja płyt kompaktowych, to była dla Pana ulga, że się nie będą niszczyć, czy też pomyślał Pan, że świat się kończy?
Gdy ukazał się kompakt, patrzyłem na niego bardzo podejrzliwie. Pamiętam pierwszą płytę kompaktową, którą nabyłem od znajomego. To było "Brothers in Arms" Dire Straits. Przeżyłem szok, bo ten znajomy był absolutnym tępakiem i płyta była tak porysowana, że mi się słabo zrobiło. Spodziewałem się przeskakiwań, trzasków, diabli wiedzą czego, a jak ją włożyłem do maszyny, to ona o dziwo przepięknie zagrała. Wtedy rzeczywiście zdumiał mnie ten wynalazek. Pochwalę się jeszcze, że byłem pierwszym człowiekiem na świecie, który w Polsce nadał przez radio płytę kompaktową, w audycji Polskiego Radia. Muszę jednak powiedzieć, że czarna płyta ma jakiś swój specjalny czar i brzmieniowo jest jakaś cieplejsza. Lubię ich czasem słuchać, ale wygoda i pilnowanie jakości oraz czystości to kłopotliwa rzecz. Kompakt jest niezwykle wygodny.
Kiedyś to pewnie wynikało z buntu, że przywiozło się płytę, na którą w Polsce nie było szans?
Bunt buntem, ale ja byłem mężczyzną bardzo praktycznym i to się na mnie źle odbiło. Za granicą kupowałem płyty pod kątem radia. Kupowałem tylko to, o czym wiedziałem, że nie ma w taśmotece. W efekcie po iluś już latach zorientowałem się, że nie mam ani jednej płyty Beatlesów, mam jakąś jedną składankę Rolling Stonesów. Po prostu nie mam klasyki. Jak zaczęliśmy uruchamiać Kolor, to ja zobaczyłem, że jestem jakimś inwalidą, bo mam różne wynalazki - jakieś panienki, które nagrały jedną płytę w życiu, a nie mam kanonu. Dopiero wtedy zacząłem to uzupełniać.
Płyty zdobywane wtedy z Zachodu to była wielka pasja. Czy dzisiaj są jakieś wydawnictwa, za które Pan dałby się pokroić?
Pokroić to trochę za dużo powiedziane, bo już jestem starszy i emocje są nieco mniejsze, ale są płyty, na które poluję. Dowodem na to, że tak bardzo się nie zestarzałem jako kolekcjoner, jest choćby to, że kiedy szukam jakiegoś albumu i widzę, że nie ma mowy, żebym go dostał na kompakcie, to sprowadzam analog, często używany. Sprowadzam również japońskie edycje płyt z uwagi na dodatkowy utwór, albo kompilację, która mi się podoba. A one są absurdalnie drogie w porównaniu z europejskimi, więc mam trochę nie po kolei w głowie.
Czy tak jak Manniakiem płytowym, jest Pan też Manniakiem sprzętowym?
Mam inne podejście, niż wielu moich znajomych. Nie fascynuje mnie wydrukowana jakość sprzętu, to, na przykład, że ma ogromne pasmo przenoszenia. Ja muszę posłuchać. Pamiętam dokładnie jak szukałem nowych głośników, bo poprzednie mi się uszkodziły. Przynosili najróżniejsze - kosztowne i wymyślone, a skończyło się kupnem samodziałów od jakiegoś człowieka, bo najładniej grały. Nie jestem osobą, którą można zahipnotyzować firmą, marką, opinią, dopóki ja tego nie sprawdzę. Nowa błyskotka, nowy design w tym sezonie, to mnie w ogóle nie interesuje.
A teraz o tym, czego Pan słucha. Jeszcze 10 lat temu prowadził Pan w Trójce poranki. Dzisiaj już chyba by to Panu nie odpowiadało ze względu na graną muzykę.
Może ze względu na godzinę poranków. Pewnie nie miałbym siły zrywać się tak wcześnie. Przez długi czas prowadziłem świty i to też nie było do końca tak, że ja puszczałem to co było na plejliście. Po swojemu ją poprawiałem, ale nikt nie miał do mnie o to pretensji. Nawet pamiętam, ze szefostwo było zadowolone, bo ubarwiałem program według swojego gustu. Teraz byłoby to niemożliwe, bo po pierwsze jest sztywna plejlista, która mi się średnio podoba, a po drugie wydaje mi się, że jest pewien rygor, żeby nie za dużo mówić. Właściwie nie wiem jakie instrukcje daje się tym młodym ludziom, bo słyszę często takie brednie, że aż mi się zimno robi.
A jeśli chodzi o repertuar, nie pytam już o utwory popowe, ale o nowe nurty. Czy hip-hop interesuje Pana w jakikolwiek sposób?
Interesuje mnie po mojemu. Wcale mnie ta muzyka nie odrzuca, ale nie znam się na tyle, żeby ośmielić się przez godzinę o tym mówić. Natomiast gdybym miał zrobić audycję o nurcie dance, czy o jakimś acid jazzie, to musiałbym się na pewno przygotować, żeby nie gadać głupot i wybrać z tego gatunku dobre nagrania. Przypuszczam, że byłaby to nawet dobra audycja.
Ale w domu Pan nie słucha, przypuszczam, takich gatunków.
To by się Pan zdziwił czego słucham. Słucham przede wszystkim tego, co lubię, ale to nie jest tak, że ja całą dobę lubię jeden gatunek. Mam na dwóch kompaktach, aż wstydzę się przyznać, największe przeboje disco z lat 80-tych. Przychodzi taki moment, że to jest do czegoś mi potrzebne w głowie i tego też słucham. Słucham ballad, słucham jazzu, słucham nowych rzeczy, słucham i Chemical Brothers i innych różności. Nie upajam się tym, tak jak moimi ukochanymi rzeczami, ale to wszystko jest w zasięgu.
A muzyka klasyczna?
To jest moja porażka. Kiedyś bardzo chciałem coś wiedzieć na ten temat i nawet planowałem poprosić kogoś, kto się w tym porusza swobodnie, żeby dał mi podstawy, żebym coś wiedział. Samo posłuchanie to jest dla mnie za mało. Chciałem coś wiedzieć o klasyce. Przypuszczam, że mógłbym coś z tego lubić. Ale tak na pokaz, żeby sobie postawić jakieś tam Deutsche Gramofon i słuchać, to bym się wstydził.
Kiedy urodziła się w Panu postać satyryczna, związana w głównej części z telewizją?
Myślę, że ona urodziła się dużo wcześniej. Bardzo lubiłem żart dobrej jakości. Strasznie dużo czytałem i chłonąc najróżniejsze rzeczy bardzo szybko się zorientowałem, co mnie bawi bardziej, co mniej. To było pewnego rodzaju wyzwaniem. Myślałem: "jak ten napisał coś śmiesznie, wymyślił coś śmiesznego, to czy ja nie dam rady?". Zaczynałem nieśmiało w radiu wprowadzać element nie tylko bezosobowego gadulstwa, ale też żartu. Z Grzesiem Wasowskim robiliśmy różne zabawne rzeczy. Potem to się przeniosło na telewizję i zaistniało.
Jeśli chodzi o telewizję, to kilka lat temu wygrali Panowie, z Krzysztofem Materną, plebiscyt na największe osobowości telewizyjne...
O! To było niesłychane.
No i co? Po paru miesiącach, kilku latach, Panowie zniknęli praktycznie z telewizji.
Bo plebiscyt nie pokrywał się z gustem kierownictwa telewizji.
Głównym autorem tamtego sukcesu był program MdM. Czy to było Pana ulubione dziecko telewizyjne?
Nie umiem Panu odpowiedzieć. Mam na taśmach wiele naszych starych programów i teraz jak oglądam, to nieraz robię się czerwony ze wstydu. Bawią mnie tylko jakieś pojedyncze sytuacje. Nie umiem odpowiedzieć czy MdM było moim oczkiem w głowie. Raz się zdarzyło, tuż przed wykopaniem nas z telewizji, że robiliśmy równolegle MdM i jednocześnie przygody siostry Ireny z doktorem w szpitalu. Gdyby mnie Pan wówczas spytał, to może ta siostra Irena była bliższa memu sercu, bo to było głupsze, więcej można było śmiesznych rzeczy upchać.
Powiedział Pan kiedyś, że z Krzysztofem Materną jest Pan związany na dobre i na złe. W jednym z programów doktor tak nakrzyczał na siostrę Irenę, że byłem przekonany, że Panowie pokłóciliście się poza anteną.
Nie, myśmy to wszystko mieli w pewnym sensie ustawione. Czasem Krzysiek podejrzliwie na mnie łypał, czy ja go opieprzam ciągle w ramach programu, czy może już prywatnie, ale nigdy nie pokłóciliśmy się. Były jakieś tam różnice zdań, ale żeby zagroziło to naszej współpracy, to nie.
W tamtym czasie Panowie dużo chyba oglądali telewizję, bo w "Za chwilę dalszy ciąg programu", wcześniejszym niż MdM, wyśmiewaliście to, co działo się na ekranie telewizyjnym.
My robiliśmy dużo parodii, co nam nie przysparzało przyjaciół.
Na korytarzach telewizyjnych?
Tak. Najciekawsze jest to, że ci, którzy robili najlepsze programy, lubili te nasze parodie i nigdy się nie obrażali, a ci, którzy robili marne, byli śmiertelnie obrażeni i uważali, że jesteśmy ich wrogami. Pamiętam pana Wołoszańskiego, kiedy zrobiliśmy nasze wersje "Sensacji XX wieku", powiedział, że się bardzo śmiał, że gratuluje nam pomysłu. To było z klasą. Nie był obrażony, bo to niczego mu nie zabrało. A byli i tacy, co spluwali, jak przechodzili koło nas.
Było wiele zabawy na planie?
Wiele najśmieszniejszych rzeczy rodziło się w momencie, już nie mówiąc o Krzyśka "gotowaniu się", które było niesłychanie zaraźliwe dla widza. Ja świadomie to zostawiałem. Chociaż to było bardzo niezawodowe, że aktor wykonywał piękny monolog i nagle usmarkał się w związku z tym, że coś go ubawiło. A u nas to było super.
A Pan, wprost przeciwnie, zachowywał kamienną twarz.
Bo mnie jest trudno wybić. Bardzo lubię, jak mnie ktoś rozśmieszy, ale jest to rzadkie, bo ja mam inną konstrukcję.
Kamienną twarz zachowuje Pan też w radiu. Słyszałem, że bardzo trudno o jakiś dowcip, który można by Panu zrobić.
Ale ja nie wiem skąd to się bierze. Może kiedyś z dawnych czasów, kiedy po prostu niedopuszczalne było znienacka wybuchnięcie śmiechem i ja się nauczyłem panować nad sobą. Parę razy mi robiono żarty, przy których ktoś inny mógłby zemdleć, a ja spokojnie jechałem dalej. Ale jak mnie znienacka już coś rozbawi, to ja się sam nakręcam, bo mnie śmieszy, że się sam rozśmieszyłem, a potem ciężko jest mnie zatrzymać, ale to się zdarza nieczęsto.
Z czego Pan się śmieje? Kiedyś prezenterka Dwójki porównała "Za chwilę dalszy ciąg programu" do Benny Hilla, ale to chodziło chyba bardziej o formę, o to, że to trwa pół godziny, o te krótkie skecze.
Chyba tak. Benny Hill też mnie rozśmieszał czasem. Tak na prawdę to takie oczywiste - Monthy Pyton mnie okropnie rozśmieszał. Tak jak angielski cykl "Liga dżentelmenów", bardzo śmieszny i okrutny. Rozśmieszają mnie stare, slap-stickowe rzeczy. Woody Allen potrafi mnie potwornie rozśmieszyć czasem. Jest tego troszkę.
A klienci w sklepie i pasażerowie w tramwaju?
Życie? Bardzo mnie rozśmiesza, ale to my z Krzyśkiem tak mamy. Bywa, że jesteśmy gdzieś w towarzystwie. W pewnym momencie wybuchamy śmiechem, ale tylko my dwaj, bo my wiemy co nas śmieszy, a inni patrzą jak na wariatów. My już mamy taką symbiozę w postrzeganiu rzeczy, które nas bawią, że zaskakujemy trochę ludzi.
Jak to jest na odwrót? Są panowie zapraszani na rozmaite gale, otwarcia, uroczystości. Tam na widowni są różni ludzie. Zawsze docierają Panowie do nich ze swoim humorem?
Skąd! Różnie jest.
Śmieją się przez grzeczność?
Niektórzy przez grzeczność. Inni przez to, że patrzą, że ktoś już się zaśmiał, to go naśladują. A najgorzej, jak jest tak zwana "warszawka". Oni już w ogóle nic nie wiedzą, tylko muszą dostać sygnał, że to jest śmieszne. Chociaż przez parę sezonów występowania w Buffo Janusza Józefowicza bardzo podniosła się moja ocena poczucia humoru u ludzi, bo reagowali świetnie. Z tym jest bardzo rożnie. To czasem pogoda, dzień tygodnia, klimat decydują o tym czy publiczność jest skłonna się bawić. Bardzo to jest skomplikowane.
Czy laureaci plebiscytu Polityki wrócą z autorskim programem do telewizji?
Trzeba spytać telewizję. Przecież my nie będziemy stać tam pod bramą z tabliczką "coś zrobimy". Jeśli taką propozycję, czy w ogóle naszą obecność w telewizji, ktoś uzna za wartą zachodu, to my jesteśmy gotowi. Myśmy złożyli trzy pomysły. Już niedługo minie rok, a my nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi. Nie chcemy być nachalni, ale wydawało nam się, że wypada przynajmniej powiedzieć: "idźcie sobie".
Tomasz Woloszczyk
____________
Tekst i rysunki pochodzą ze strony Empik News
2004-04-16
powrót ::