692613
Czy mamy już czuć się zagrożeni? – Polityka, nr 46(2479)/2004
Śledztwo we własnej sprawie, czyli jak zostałem agentem (dramacik w 5 aktach)
Nie jest elegancko zajmować innych swoimi sprawami. Ale ta sprawa nie jest wyłącznie moja. Jest to drobny przykład standardów, atmosfery, obyczajów i mechanizmów w coraz większym stopniu rządzących dziś Polską: bezsilności wobec bezczelnego kłamstwa, beztroskiego kolportowania nieweryfikowanych oskarżeń, załatwiania prywatnych, politycznych czy biznesowych porachunków za pomocą oszczerstw. Postanowiłem opisać ten mechanizm na własnym przykładzie. Nie dlatego, że ten przypadek jest jakoś szczególnie spektakularny czy ważny, ale dlatego, że jest prosty, łagodny i najlepiej mi znany.
Jacek Żakowski
Prolog
W poniedziałek 31 października na stronie 11 tygodnika „Wprost” w rubryce „Kadry” znalazłem zajmującą ćwierć strony notatkę: „J&Ż”. Z grubsza biorąc (do szczegółów dojdziemy) z notatki wynika, że jestem człowiekiem J&S – firmy paliwowej, o której właścicielach na pierwszej stronie „Gazety” dzień wcześniej napisano, że to zapewne sowieccy i rosyjscy agenci, a o niej samej, że jest przykrywką rosyjskiego wywiadu i ważnym narzędziem rosyjskiego planu odzyskania dominacji w Polsce. Zostałem zdrajcą – agentem atakującego Polskę rosyjskiego imperium!
Co ma począć tak pomówiony człowiek? Moja sytuacja jest zgoła luksusowa. Mogę tę historię opisać w najlepszym polskim tygodniku. Mogę ją opowiedzieć w radiu albo telewizji. Stać mnie na adwokata. Mam siłę, żeby się bronić. Niewielu jest takich szczęśliwców. A gdybym był „młotkowym”, politykiem albo biznesmenem?
Akt I – „Press”
Nie potrafię sobie przypomnieć żadnych niepokojących sygnałów, które by poprzedzały mój wrześniowy wywiad dla branżowego miesięcznika „Press”. Trochę się wtedy zdziwiłem, dziennikarka próbowała mi wmówić, że jestem kimś innym, niż jestem, mianowicie konferansjerem i bywalcem rautów. To jakoś się mieściło w konwencji nowego agresywnego dziennikarstwa. Ale zatkało mnie, kiedy do autoryzacji dostałem wywiad z pytaniami uzupełniającymi. Jedno z nich brzmiało: – A wywiad ze Sławomirem Smołokowskim? Znawcy public relations mówią, że na pewno ktoś wziął za niego pieniądze...
Chodziło o wywiad z jednym ze współwłaścicieli J&S, który zrobiłem dla „Polityki”. Miałem wpisać właściwą odpowiedź, ale nic dobrego nie przyszło mi do głowy. Zaprosiłem dziennikarkę na autoryzację. Usiedliśmy przy komputerze w redakcji „Polityki”, żeby na przemian wpisywać pytania i odpowiedzi.
Ja: – To proszę o nazwiska tych znawców, bo sprawa jest procesowa. W stosunku do dziennikarzy to jest zwykłe oszczerstwo.
Zapadła dłuższa cisza, po której ona wklepała swoją kwestię.
Ona: – Nie podam nazwisk.
Teraz ja potrzebowałem namysłu. Bo jak to jest? Koleżanka powtarza absurdalne insynuacje i nie chce podać źródła. Ktoś mi szyje buty, robi gębę, a ona czuje się lojalna wobec oszczercy, nie wobec pomówionego. Trochę mnie poniosło.
Ja: – Nie wstydzi się pani?
Jej zrobiło się przykro. Mnie też. Odpowiedź była chłodna.
Ona: – Opinie, o których wspomniałam, weryfikujemy podczas tej rozmowy. Pytanie brzmi: czemu służył wywiad ze współwłaścicielem J&S?
Dziwne pytanie. Czemu służył wywiad z człowiekiem, którego od lat bezskutecznie próbowałem namówić na rozmowę? Czemu służy pierwsza w prasie rozmowa z biznesmenem, o którym krążyły legendy, który zdominował dostawy ropy do Polski?
Ja: – J&S to najbardziej tajemniczy biznes w Polsce, który nigdy wcześniej się nie wynurzał i w końcu zgodził się pokazać. (...) Uznałem, że trzeba być wariatem, żeby nie skorzystać z szansy otwarcia zamkniętego dotąd obszaru.
Wysłaliśmy tekst do „Pressu”. Nazajutrz dostałem do ponownej autoryzacji wywiad w łagodniejszej formie. „Fachowcy” nie byli już „pewni, że ktoś wziął pieniądze”. Uważali tylko, że była to „ukryta promocja”. Odpowiedziałem, że nie ma mowy o ukrytej promocji, bo z punktu widzenia osoby udzielającej wywiadu zawsze jest on promocją. Ktoś poświęca swój czas dziennikarzowi, bo chce coś promować, do czegoś przekonać, coś wyjaśnić. Dziennikarz odpowiada za pytania, nie za odpowiedzi.
Niesłusznie tę złagodzoną formę zaakceptowałem. Niesłusznie, bo nie zdawałem sobie sprawy, że „fachowcy” dzielą się swoimi „spostrzeżeniami” na prawo i lewo.
Akt II – „Wprost”
Mniej więcej tydzień po ukazaniu się wywiadu w „Pressie” koledzy podsunęli mi notatkę umieszczoną na 11 stronie tygodnika „Wprost”. Tytuł „Coś pękło” nawiązywał do mojego tekstu sprzed 10 lat. W jakimś sensie było to nobilitujące. Napisać tekst, który tak wryje się w ludzką pamięć, to dla dziennikarza szczyt marzeń.
Treść przytoczę w całości: W najnowszym miesięczniku „Press” możemy podziwiać fotografię Jacka Żakowskiego na cokole. Z wywiadu z pomnikową postacią polskiego dziennikarstwa dowiadujemy się między innymi, jak trudno było uzyskać wywiad ze Sławomirem Smołokowskim, współwłaścicielem firmy J&S. „Prosiłem bezskutecznie – opowiada Żakowski. Dopiero po jakimś czasie dostałem odpowiedź, że zgadza się na rozmowę”. W owym „jakimś czasie” Smołokowski gorliwie zabiegał we „Wprost” o przeprowadzenie z nim wywiadu, którego nie przeprowadziliśmy nie chcąc promować firmy i wysłuchiwać legend o tym, skąd się wzięli jej właściciele. W wywiadzie dziennikarz „Polityki” zapewnia też, że nie bywa w warszawskich salonach. „W ogóle nie jestem zbyt towarzyski. Zresztą na jakich salonach miałbym bywać?”. Odpowiadamy, a choćby w hotelu Rialto, którego współwłaścicielem jest żona jednego z właścicieli firmy J&S. Obok zdjęcie z hotelowej imprezy z Jackiem Żakowskim w jednej z głównych ról.
Byłem w Rialto wkrótce po publikacji wywiadu ze Smołokowskim na tzw. recepcji w związku z rocznicą otwarcia hotelu. Było ciasno i niezbyt ciekawie, a poza tym nie było pani Smołokowskiej, którą chciałem poznać, bo wyobrażałem sobie, że może napiszę tekst stanowiący kontynuację wywiadu. Spędziłem tam mniej więcej 25 minut, a jednak zostałem przez „fachowców” zapamiętany wystarczająco dobrze, by po tygodniach trafić na łamy „Wprostu”, z komentarzem, że niby połasiłem się na coś, czym inni pogardzili. I to nie byle jacy inni, lecz „Wprost”. Ten sam „Wprost”, który opublikował bardzo dziwny telefoniczny wywiad z ukrywającym się przed całym światem szejkiem Omarem, prawą ręką ibn Ladena. Uspokoiłem się trochę, gdy nazajutrz znalazłem w redakcji faks, który rozesłała rzeczniczka J&S. Na pierwszej kartce pismo wprowadzające, a dalej kopie pisemnych próśb redaktorów „Wprostu” o spotkanie i wywiad.
Dlaczego zatem redaktorzy „Wprost” tak mnie uhonorowali? Kilka miesięcy wcześniej ukazał się we „Wprost” panegiryczek na cześć Grażyny Kulczyk. Miał to być odpór dany tym, którzy twierdzili, że Kulczykowie dziwnie tanio kupili działkę w samym centrum Poznania. Kulczyk miał wtedy żelazne oparcie we „Wproście”, więc idea tekstu nie była zaskakująca. Natomiast forma była poruszająca. Tekst podpisał red. Piotr Andrzejewski, ale jako uważny czytelnik znalazłem w nim zbyt dużą dawkę biurokratycznej liryki, by oprzeć się wrażeniu, że autorem był raczej pracownik biura prasowego. W radiu TOK FM beztrosko ponaśmiewałem się zwłaszcza ze wzruszającego naiwną poetyką zdania: „Grażyna Kulczyk popełniła niewybaczalny błąd, bo chciała coś dla Poznania zrobić, zamiast tylko narzekać, że jest beznadziejnie”.
Nożyce odezwały się tego samego wieczora w osobie zastępcy red. naczelnego „Wprost” Piotra Gabryela, który pierwszy raz w życiu złapał mnie „pod komórką” i natychmiast przystąpił do rugania. Ponieważ nie chciałem obiecać, że się więcej nie będę naśmiewał, Gabryel gniewnym głosem rzucił: „Chcesz wojny, będziesz miał wojnę!”.
Nie kojarzyłem jeszcze zainteresowania „Wprostu” z „fachowcami”. Zacząłem kojarzyć, kiedy się dowiedziałem, że jacyś „fachowcy” próbowali zainspirować redaktora z dużego dziennika, żeby napisał o moich związkach z J&S, a zwłaszcza kiedy były szef wywiadu wspomniał koleżance z redakcji, że „znany dziennikarz informacyjny” zadał mu wprost pytanie, czy słyszał o moich „powiązaniach z J&S”. Trochę mnie to złościło, ale nie na tyle, żebym zaczął coś robić. Zresztą czym się miałem przejmować? Redakcja „Polityki” dała żartobliwy odpór wprostowej notatce i wydawało mi się, że sprawa jest skończona.
Akt III – „Press” i „Wprost” po raz drugi
Mniej więcej po miesiącu „Wprost” znów o mnie napisał. Tym razem tytuł notatki był mniej wyrafinowany. Nie jakieś tam aluzje do moich starych tekstów, tylko wprost cepem w głowę: „J&Ż”.
W ubiegłym miesiącu zdziwiliśmy się, że tak wybitny dziennikarz jak Jacek Żakowski żalił się, iż długo nie mógł namówić do wywiadu Sławomira Smołokowskiego, współwłaściciela firmy J&S. Opublikowaliśmy również zdjęcie z imprezy, na której Żakowski bawił w hotelu Rialto należącym w części do żony jednego z właścicieli J&S. Byli dziennikarze Radia Zet przypomnieli w ostatnim wydaniu miesięcznika „Press”, że Żakowski kilka razy otrzymał nagrodę „Zwierciadła”. Właścicielem miesięcznika jest jeden z założycieli firmy J&S. Zaskakująco wiele łączy Żakowskiego z tą firmą. Ale to oczywiście tylko zbieg okoliczności.
Zajrzałem do „Pressu”. W polemizującym ze mną liście grupy dziennikarzy znalazło się dotyczące mnie zdanie: Kilka razy otrzymał on nagrodę miesięcznika „Zwierciadło”, którego właścicielem jest jeden z założycieli firmy J&S, a to, używając stylistyki redaktora Żakowskiego, mogą być „Aktorzy (...) częściowo ci sami”, co w aferze Orlenu.
Oskarżenie było poważne, wredne i kompletnie kłamliwe. Poważne, bo gdybym regularnie dostawał od J&S wysokie nagrody, można by było uwierzyć, że jest to forma korupcji. Wredne, bo mogłoby się tak zdarzyć przypadkiem i wtedy byłbym bez szansy. Kłamliwe, bo nagroda jest honorowa, dostałem ją raz w życiu, a „jeden z założycieli” kupił „Zwierciadło” dopiero kilka lat później.
Nie chciałem odszczekiwać się na łamach „Polityki”, więc zadzwoniłem do naczelnego „Wprostu”, redaktora Króla.
Po dłuższej rozmowie redaktor zaproponował, bym przysłał mu sprostowanie. To mnie nie interesowało. Normalny czytelnik sprostowań nie czyta, a jeśli nawet czyta, to raczej z nieufnością. Chciałem, żeby redakcja sama sprostowała kłamstwo powtórzone za „Pressem”. Po twardej rozmowie Król się na to zgodził. To mnie uspokoiło. Jak zwykle niesłusznie.
Akt IV – „Wprost” po raz trzeci
We wtorek po Wszystkich Świętych „Wprost” zamieścił kolejną notatkę ze sprostowaniem i całkiem nowymi kłamstwami. Tym razem tytuł był kompilacją parafrazy nazwy J&S z nazwą mojego programu telewizyjnego „J&Ż, czyli summa zdarzeń”. Jacek Żakowski tylko raz – w 1998 r. – otrzymał nagrodę miesięcznika „Zwierciadło”. Wówczas pismo nie należało jeszcze do wydawnictwa Magdy Jankilewicz, żony współwłaściciela firmy J&S Grzegorza Jankilewicza („Zwierciadło” zostało kupione w 2001 r., wtedy też redakcja „Polityki” została przez miesięcznik uhonorowana zbiorową nagrodą). Korygując informację przytoczoną przez nas przed tygodniem za listem dziennikarzy opublikowanym w miesięczniku „Press”, warto jednak coś dodać. Fundacja J&S Pro Bono Poloniae od lat należy do fundatorów dorocznych stypendiów „Polityki”, a po ukazaniu się w tym tygodniku „bezkompromisowego” wywiadu Jacka Żakowskiego ze Sławomirem Smołokowskim (drugim współwłaścicielem J&S) na łamach „Polityki” zaczęły się pojawiać reklamy „Zwierciadła” (wówczas już wydawanego przez Magdę Jankilewicz). Oczywiście to zwykły zbieg okoliczności.
Teraz wyszło już na to, że cała „Polityka” jest finansowana z rosyjskich pieniędzy, a może nawet jest przykrywką tajnych służb Putina. Nie próbowałem więcej dzwonić do red. Marka Króla, żeby go nie kusić do wymyślania kolejnego kłamstwa i snucia insynuacji jeszcze dziwaczniejszych. Postanowiłem jednak tę historię opisać, bo jakoś niepokojąco wyraźnie zaczęła mi ona pasować do tak zwanego polskiego całokształtu. Jak uczy pismo, jeden głupiec starczy, by wrzucić pierścień do studni, lecz stu mędrców trzeba, by go ze studni wydobyć. Z kłamstwem jest podobnie. Rzucić kłamstwo jest łatwo, a obnażenie go wymaga mozołu. Ale czasem trzeba. I to jest ten przypadek. Poprosiłem za to administrację „Polityki” o udostępnienie kilku dokumentów. Jak śledztwo, to śledztwo.
Po pierwsze „Polityka” dostała „Kryształowe zwierciadło” w maju, a Jankilewicz kupił pismo dopiero w grudniu 2001 r. Gdyby było na odwrót, można by snuć jakieś spiskowe wizje, ale krąg podejrzanych o wysługiwanie się imperialnej Rosji trzeba by rozszerzyć o kilkanaście dość dostojnych osób i instytucji, na czele z prof. Marią Janion. Po drugie wśród fundatorów stypendiów „Polityki” jest kilkadziesiąt instytucji i osób. Ich lista jest zawsze jawna, a J&S nie jest największym fundatorem, choć mieści się w pierwszej dziesiątce (uwaga dla kolegów z „Wprost”: najwięcej stypendiów fundowała firma ostatnio głośno łączona z dr. Kulczykiem!). Po trzecie kłamstwem jest, że reklamy „Zwierciadła” zaczęły się pojawiać w „Polityce” po ukazaniu się wywiadu z panem Smołokowskim. Od lat „Zwierciadło” drukuje reklamy „Polityki”, a w zamian „Polityka” raz, dwa razy w roku drukuje reklamę „Zwierciadła” (to w mediach powszechna praktyka).
Akt V – minister i koledzy
Skoro już postanowiłem tę sprawę opisać, chciałem się dowiedzieć, kim są tajemniczy „fachowcy” napędzający całe zamieszanie. Dziennikarka z „Pressu” ani jej szef nie chcieli mi tego powiedzieć. Kolega z dziennika „nie pamiętał”, kto go chciał „inspirować”. Zadzwoniłem więc do byłego szefa wywiadu. Obruszył się na moje pytanie.
– To była prywatna rozmowa.
– Panie ministrze, ktoś szyje mi buty. Próbuję dojść kto i dlaczego to robi?
– Nie mogę panu powiedzieć.
– A może mi pan powtórzyć, jakie były zarzuty?
– Pytano, czy wiem coś o pana związkach z J&S. Podobno pracował pan w „Zwierciadle” i dostał pan jakieś nagrody.
– Ktoś rozsiewa te kłamstwa na mój temat. Niech mi pan pomoże dojść źródła.
– Mogę tylko powiedzieć, że to jest osoba z grupy byłych dziennikarzy radiowych, którzy o coś mają do pana pretensję.
Zadzwoniłem do podpisanej pod listem byłej dziennikarki radiowej – dziś gwiazdy programów informacyjnych prywatnej telewizji.
– Próbuję dojść, skąd się wzięła plotka na temat moich związków z J&S.
– Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta plotka. Ja wzięłam ją za informację, bo tak zredagowany list przedstawili mi koledzy do podpisu, którzy sprawdzali informacje. Najwyraźniej sprawdzili niedokładnie.
– A którzy koledzy?
Powiedziała, że blisko źródła był Andrzej Morozowski – kiedyś jej kolega ze stacji radiowej, a dziś czołowy dziennikarz informacyjny tej samej telewizji. To był jakiś krok naprzód.
Dodzwoniłem się do Andrzeja Morozowskiego.
– Szukam autora listu i źródła informacji o moich związkach z J&S.
– To ja pisałem list i tę informację sprawdzałem.
– Skąd wziąłeś informację, że kilkakrotnie dostałem nagrodę „Zwierciadła”?
– Z Internetu. Szukałem przez hasła Zwierciadło – Żakowski w wyszukiwarce Yahoo. Wyskoczyło mi, że kilka razy dostałeś.
– Dlaczego tam szukałeś?
– Bo słyszałem plotki, że pracowałeś w „Zwierciadle”. To się nie potwierdziło.
– A gdzie je słyszałeś?
– Od dziennikarzy.
– Pamiętasz od kogo?
– Nie mogę ci tego powiedzieć.
– Chciałbym pójść po tej nitce do prawdy.
– To ja ci nie pomogę.
Zrozumiałem, że sprawa jest raczej beznadziejna.
Suplement
Co z tego rozumiem? Jak ktoś kilkadziesiąt lat funkcjonuje w arcykonfliktowym świecie mediów i polityki, to siłą rzeczy narobi sobie wrogów, którzy z radością słuchają o nim najgorszych wiadomości i chętnie w nie uwierzą. Tak pewnie jest wszędzie na świecie. Ale istnieje też chyba polska specyfika.
W Polsce pozornie poważni ludzie bez zastrzeżeń kolportują wiadomości, których nie próbowali sprawdzić, i w imię dziwnej lojalności niemal wszyscy będą raczej chronili źródło kłamstwa, niż próbowali je odkryć i zdyskredytować. Moja historia wydaje mi się prosta. Myślę, że ktoś się wściekł, bo wersja Smołokowskiego – z którym zapewne walczył – poprzez mój wywiad trafiła do mediów. Ponieważ nie umiał wykazać, że Smołokowski kłamał, że nie padło jakieś ważne pytanie, że sprzyjałem rozmówcy, „fachowiec” zgodnie ze sztuką czarnego PR puścił w obieg plotkę, która miała zdyskredytować tekst, mnie i rozmówcę. Ktoś w tę plotkę bardzo chętnie uwierzył i ją rozkolportował, bo nie lubił mnie, J&S albo „Polityki”. Ktoś inny inspirowany plotką i niechęcią pomylił się szukając obciążających mnie tropów.
Historii podobnych do mojej – można by opisać dziesiątki, jeżeli nie setki. Przeważnie byłyby to historie dużo bardziej drastyczne, choć może nie zawsze aż takie przejrzyste. Są pisma takie jak „Wprost”, które z kłamstwa oraz insynuacji zrobiły biznes i narzędzie załatwiania różnych porachunków. Są politycy, których oskarżenia notorycznie się nie potwierdzają. Są dziennikarze, których rewelacje przeważnie się nie sprawdzają.
Wszyscy to dobrze wiemy. Lecz brniemy w to coraz głębiej, bo kłamstwo cieszy się w Polsce niezwykłą tolerancją. Nawet ludzie mający opinię bezwzględnie przyzwoitych – jak Tomasz Nałęcz czy Stefan Bratkowski – pisują dla „Wprost” mimo woli uwiarygodniając kłamstwo, a notorycznie kłamiący politycy i dziennikarze są traktowani i cytowani poważnie, na ogół bez przypominania, ile razy już nas oszukali. Na dodatek czystym kłamstwom obficie towarzyszy kłamliwa insynuacja uprawiana przecież nie tylko we „Wproście”.
Coś takiego zrobiło się teraz w wielu polskich głowach, że już nie sens się liczy, lecz walka. Nie dowód, ale zarzut. Nie fakty, lecz plotki. Czym okropniejsze i bardziej sensacyjne – tym łatwiej się przebiją. Ponieważ prawda o ludziach, która się ostatnio przed nami objawia, jest na ogół ponura, także kłamstwo staje się tym bardziej wiarygodne, im bardziej kogoś oczernia.
Szukanie prawdy o zdegenerowanej polskiej rzeczywistości stało się ostatnio najgłośniejszym celem dużej części polskich polityków i mediów. To stwarza nadzieję na renesans życia publicznego. Ale szukając prawdy nie powinniśmy chyba zapominać o szukaniu kłamstwa. I kłamców. Nawet jeżeli bywa to mniej ekscytujące niż szukanie prawdy.
____________
Tekst pochodzi ze stron internetowych tygodnika Polityka
2004-11-15
powrót ::