693234
Choinka w barszczu – Rzeczpospolita, 24 grudnia 2004
Wywiad z Wojciechem Mannem, rozmawiał Jacek Cieślak
Jacek Cieślak: O jakim prezencie pod choinkę marzył pan w tym roku?
W.M.: Od czasu, kiedy byłem małym chłopczykiem wypatrującym pierwszej gwiazdki, minęło wiele lat. Właściwie zdążyłem sobie kupić większość rzeczy, których potrzebuję. Ale na pewno chciałbym dożyć chwili, gdy otwarty zostanie w Warszawie porządny sklep z ubraniami w dużych rozmiarach. Na pewno znalazłbym tam coś dla siebie.
J.C.: I większych marzeń pan nie ma?
W.M.: Czasy się zmieniają. Kiedy wspominam młode lata pełne świątecznych emocji, przypomina mi się, jak rodzice kupili mi w komisie na Chmielnej angielski blaszany samochodzik. Miał otwierane drzwi, podnoszoną klapę bagażnika i ruchomą kierownicę. To był dla mnie ósmy cud świata. Wpatrywałem się w niego z nabożeństwem ze dwa tygodnie, zanim zacząłem się bawić.
J.C.: Czy obfitość produktów, której zaznajemy od kilkunastu lat, sprawia, że nasze marzenia stają się uboższe?
W.M.: O mnie najlepiej mówią przykłady muzyczne. Kiedyś zagraniczny longplay był szczytem marzeń. Do dziś pamiętam zapach świeżo rozpieczętowanych płyt z Anglii, amerykańskie pachniały inaczej. Teraz w każdym sklepie leżą sterty albumów i nawet jeśli kogoś nie stać na najdroższe, może sobie wypatrzyć coś na wyprzedaży. Kiedyś kolekcjoner był jak myśliwy, szukał, tropił, węszył - dziś zwierzyny jest pod dostatkiem.
J.C.: Kiedy zaspokoiliśmy już pierwszy apetyt na dobra konsumpcyjne, może warto wrócić do najprostszych wzruszeń?
W.M.: To nie jest tak, że przekładam święta na liczbę paczek, a na dowód tego powiem coś na granicy sentymentalizmu - największą przyjemność sprawia mi widok syna cieszącego się świętami. Jeszcze rok temu pojechaliśmy szukać pierwszej gwiazdki, sprawdzać, czy krasnale nie roznoszą prezentów po lesie. Już wiedział, że trąci to bajką, ale jeszcze nie był do końca pewien, jak jest naprawdę. Teraz strasznie go złości, że przestał wierzyć w Świętego Mikołaja. Przecież to wielka frajda czekać, czy aniołek przyleci, czy list, który wysmarowaliśmy do Mikołaja, dotarł, i bać się, żeby tylko jakieś sprawki nie wyszły na jaw, żeby nie dostać rózgi.
J.C.: Pan już wie, że nie ma Świętego Mikołaja?
W.M.: U mnie w domu przebierała się mama. Zmieniała głos i przez dwa lata jej nie rozpoznałem. Niestety znalazłem na pawlaczu sztuczną brodę i wtedy czar prysł.
J.C.: Wyobraża pan sobie Wigilię przy sztucznej choince?
W.M.: Zależnie od sytuacji na "odcinku drzewiarskim" był w domu okropny drapak albo piękne drzewko. Nawet te robione, skręcane drutem uważałem za oszustwo, choć były gęste. Zwykły chojak potrafił się rozsypać jeszcze przed Trzema Królami, a jodełki wytrzymywały dłużej. Dwukrotnie udało mi się zapalić choinkę. Gdy włos anielski niefortunnie przysunął się do świeczki, trzeba było gasić ogień barszczem.
J.C.: Gdzie spotykała się pana rodzina na wigilijnej kolacji?
W.M.: Chodziłem już do liceum, gdy wyprowadziliśmy się z sublokatorskiego pokoju z kuchnią do własnego mieszkania. Mieszkały tam trzy pokolenia - babcia, rodzice, ja i siostra. Miejsce, gdzie stała choinka, było niezmienne, to, czy jest ustrojona, poznawałem po blasku, który przebijał przez matową szybę drzwi do mojego pokoju. Bo choinkę ubierali rodzice. Ciekawe, że byłem zaprzęgany do jej rozbierania, czego akurat nie lubiłem. Nie pamiętam, czy mama liczyła dania, żeby było ich trzynaście, ale przypominam sobie ojca, który lubił świąteczne potrawy, łasował w kuchni, zaglądał mamie do garnków, sprawdzał, co szykuje, i był zawsze przeganiany. Dosłownie na godzinę przed jedną z wieczerzy wigilijnych, kiedy miała do nas przyjść rodzina, mama zorientowała się, że brakuje filiżanek na barszcz. "Kaziu - powiedziała - jak będę podawała barszcz, powiesz, że go nie lubisz". Nie zapomnę twarzy ojca, obrazu tego wielkiego nieszczęścia. Całą świąteczną atmosferę trafił szlag. Kiedy doszliśmy do barszczyku, mama zapytała: "Komu barszczyku?", a ojciec krzyknął: "Nie, ja nie nienawidzę!".
J.C.: A pan barszczyk lubi?
W.M.: A co będę udawał, że nie lubię - pewno że lubię! I wszystkie smaki odczuwam intensywniej od 27 grudnia 2000 r., kiedy rzuciłem palenie. Ale po tym, co zaraz powiem, moi znajomi mogą pomyśleć, że jestem nienormalny. Przez cały rok opowiadam bowiem, że nie znoszę ryb. Prawdą jest, że nawet kiedy serwują filety, wszyscy jedzą je bez problemów, a ja zawsze trafię na ość. Jednak karpia smażonego na Wigilię, choć jest tłusty i niezdrowy - uwielbiam! Może dlatego, że jest świąteczny.
J.C.: Jako dziennikarz muzyczny uwielbia pan zapewne również śpiewać kolędy.
W.M.: Do śpiewania się nie palę, bo strasznie fałszuję. Ale mam specjalną półkę ze świątecznymi płytami. Są tam tradycyjne kolędy, których słuchałem jeszcze z moją mamą, ale i amerykańskie płyty christmasowe. Lubię przemycić coś bluesowego. W tym roku spodobała mi się świąteczna płyta Chrisa Isaaka.
J.C.: Pytałem pana o wymarzony prezent i myślałem, że powie pan o powrocie, wraz z Krzysztofem Materną, do telewizji publicznej.
W.M.: Oczywiście jako stary i zblazowany redaktor mogę być wyśmiany, jeśli wyznam, że właśnie o tym marzyłem. Ale my z Krzyśkiem mamy takie niedzisiejsze podejście do sprawy, że jeśli zaczynaliśmy w telewizji publicznej, to wcale nam się nie spieszyło chodzić z ofertą do prywatnych stacji, choć mieliśmy epizod w Pulsie, kiedy nas wyrzucono z Jedynki. Bardzo chcieliśmy zrobić nowy program, bo lubimy pracować, szczególnie razem. Mieliśmy też wiele dowodów na to, że widzom nasza praca się podobała. Przecież nie dostałem czterech Wiktorów po kumotersku. I nagle pustka. Czułem żal. Mimo to wciąż planowaliśmy z Krzyśkiem nowe programy. Dwa lata temu złożyliśmy na Woronicza cztery projekty. Nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi. Ale oni już nie pracują.
J.C.: Prezes Robert Kwiatkowski, dyrektorzy Sławomir Zieliński i Maciej Kosiński.
W.M.: Nie zabiegaliśmy o względy nowego kierownictwa, ale potraktowano nas bardzo miło. Oczywiście mieliśmy problem, co zaproponować po czterech latach przerwy. Wznowimy formułę magazynową, tyle że z nowymi pomysłami. Nie wszystko jeszcze jest przesądzone, ale mogę powiedzieć, że wciąż lubimy przylepić sobie wąsy i się powygłupiać. Powinniśmy ruszyć pełną parą na przełomie stycznia i lutego. Ale na antenie Jedynki pojawimy się już w programie sylwestrowym, na godzinę przed północą. Będą tam m.in. nasze trzy kabaretowe wejścia, rozmowy z politykami prawicy i lewicy pt. "Porozmawiajmy bez krępacji" - o tym, co czeka nas w 2005 r.
J.C.: Co pan sądzi o liście artystów, którzy wystąpili w obronie Jana Kulczyka?
W.M.: Kiedy nie mam dokładnego rozeznania co i jak, staram się być ostrożny. Dobrze pamiętam, jak podpisałem list przeciwko karze śmierci. Do dziś zastanawiam się, czy dobrze zrobiłem. Jeśli kilku moich kolegów wygłupiło się listem broniącym Lwa Rywina, to ostrożność w sprawie Kulczyka powinna wzrosnąć w dwójnasób. Bo ja oczywiście pana Jana Kulczyka, najbogatszego doktora w Polsce, bardzo cenię, natomiast jeśli coś kombinuje, to nie mogę swoim nazwiskiem bronić go tylko dlatego, że zafundował Międzyzdroje czy wspierał kulturę.
J.C.: Jak pan ocenia poziom polskich stacji radiowych?
W.M.: Źle, a wiem, co mówię, bo obserwuję swojego syna. Jeżeli w każdym radiu lansowany jest muzyczny kit, który produkuje się teraz na świecie, to skąd młodzież ma wiedzieć, co jest wartościowego. Po tym jak podsunąłem synowi "Blues Brothers", przyłapałem go, że z własnej woli obejrzał film dwa razy. Sam się przekonał, jaka jest różnica między Arethą Franklin i Britney Spears. Mam tylko jedną audycję w radiowej Trójce, która rozpoczyna się po północy, i myślałem, że będzie mnie słuchało tylko kilku starych dziadów mających kłopoty ze spaniem. Tymczasem ciągle dostaję maile od młodych ludzi. Piszą, że zawalają poranne zajęcia, bo tylko po północy mogą posłuchać dobrej muzyki. Nie mówię, że jestem nieomylny, ale może wolą mnie od nieprzygotowanych, nieumiejących mówić po polsku wodzirejów. Jeżeli publiczne radio zachowuje się tak jak komercyjne i nie chce puszczać w dzień pięciominutowej piosenki Boba Dylana, bo jest za długa, to jest to skandal. Słuchacze i telewidzowie są inteligentniejsi, niż zakładają programiści. Zaryzykuję też tezę, że za komuny, mimo beznadziejnej cenzury ideologicznej, wśród osób decydujących o kulturze była też grupa przyzwoitych i wykształconych ludzi, którzy starali się filtrować to, co przychodziło do Polski, proponując wartościowe filmy, książki i płyty. Trzeba to zaproponować również obecnej widowni. Nawet jeśli tak się nie stanie, młode pokolenie i tak się zbuntuje, bo tak było zawsze. Wcześniej czy później wrócą do wartości.
JACEK CIEŚLAK
____________Tekst zamieścił dodatek telewizyjny Rzeczpospolitej
2004-12-27
powrót ::