274175
Wywiad z Korneliuszem Pacudą – Jacek Górski
Jacek Górski: Emmylou Harris i "The Connection", Keith Urban i "You'll Think of Me", Alison Krauss & Union Station i "Restless" to zdobywcy tegorocznych nagród Grammy w trzech najważniejszych kategoriach dotyczących muzyki country (kolejno – wokalistka, wokalista i zespół roku). Jak Pan skomentuje ten werdykt? Miał Pan swoich faworytów i czy Pana wybór pokrywał się z cytowaną finałową trójką?Korneliusz Pacuda: To znakomici wykonawcy – nagrody są jak najbardziej zasłużone. Widać jednak, że Amerykanie z tzw. "branży" wolą albo akustyczno-folkowe brzmienia jak w wypadku Emmylou i Alison, albo country o nowoczesnej instrumentacji, tak jak u Keitha Urbana. Myślę, że konserwatywny Toby Keith miał dobry sezon, a młody Brad Paisley jest nie gorszy niż Urban. No, ale nie żeni się z Nicole Kidman. Korneliusz Pacuda
J.G.: W kategorii "Najlepsza piosenka" trzymałem kciuki za "I May Hate Myself in the Morning" Lee Ann Womack, ale zarówno Ona jak i Brad Paisley, Gretchen Wilson, a także The Dixie Chicks przegrali w konkurencji z tercetem Rascal Flatts i "Bless the Broken Road". Czy można powiedzieć o zwycięzcach, że to taki amerykański "boys-band" grający country, który jednak w pełni zasłużył sobie na to wyróżnienie?
K.P.: Boys-band nie pasuje do country, bo w tym stylu zawsze się śpiewało na głosy. I to właśnie z country czerpali Beach Boysi, a jeszcze bardziej The Eagles. Wspaniałe harmonie. Szkoda, że w Polsce chłopaki nie potrafią śpiewać razem i trzeba wymyślać chórki nastoletnich wokalistów, żeby sprzedawać płyty dziewczynkom. No cóż, muzyka country to też towar do sprzedania. Rascal Flatts idą w ślady grupy Lonestar, która od paru lat bardzo umiejętnie wkupuje się w serca pań piosenkami o dozgonnej miłości. Która nie lubi o tym słuchać? Piosenka "Dzięki Ci Panie za wyboistą drogę do Ciebie" idzie tym tropem, była tysiące razy puszczana przez radio /amerykańskie/, więc "branży", która się na country nie zna, wydawało się, że to największy hit z Nashville. I proszę, wystarczyło tylko przerobić twórczo słowa przysłowia "nie ma złej drogi do mej niebogi" by zarobić miliony.
J.G.: ... i zdobyć Grammy. To jeszcze jedna kategoria tego wieczoru – "Najlepszy album roku". Owszem – Trisha Yearwood, Gretchen Wilson, i Faith Hill oraz Brad Paisley nagrali dobre płyty , ale i tak pokonała ich wszystkich Alison Krauss & Union Station z krążkiem "Lonely Runs Both Ways". Jeżeli dobrze policzyłem, to dzięki trzem nagrodom zdobytym w 2006 r. ta 33-letnia artystka ma na swoim koncie chyba już równo 20 nagród Grammy. Czy lubi Pan tę wokalistkę?
K.P.: Owszem, bardzo ją lubię za unikalną kruchość głosu. Co ważniejsze, ma ona w kapeli znakomitych muzyków, że wymienię choćby tylko dwóch – Jerry Douglasa na dobro i Dana Tyminskiego na gitarze akustycznej. Douglasa poznałem w Polsce, kiedy był z Markiem O'Connorem i Glenem Worffem jako Nashville Masters. A z Alison przeprowadziłem ponad 10 lat temu wywiad do programu TV "Country Ameryka". Była wtedy jak łabądek.
J.G.: To chyba jednak nie jest rekord, jeżeli chodzi o artystów country w tej dziedzinie... Czy wie Pan może komu udało się zdobyć do tej pory najwięcej wyróżnień w kategoriach związanych z tym właśnie stylem muzycznym?
K.P.: Nie śledzę statystyk, ale pamiętam, że chyba w 1966 roku wszystkie nagrody w kategoriach country zdobył Roger Miller. To był fantastyczny muzyk i twórca, do dziś chodzi mi po głowie, żeby w Polsce zagrano musical z jego piosenkami. Nosi tytuł "Big River" i opowiada o przygodach Hucka Finna.
J.G.: A czy miał Pan kiedyś sposobność uczestniczyć na żywo w ceremonii wręczania Grammy Awards?
K.P.: Nie byłem nigdy na nagrodach Grammy, ale byłem wielokrotnie na ceremonii wręczania nagród Country Music Association w Nashville. Ten koncert ma lepszą oglądalność niż Grammy. Ustępuje tylko Oscarom. A za kamerą, razem ze mną stali świetni reżyserzy: Paweł Karpiński i Laco Adamik. Rozmawialiśmy z wieloma gwiazdami, nie tylko przy okazji nagród. Prawie wszystko to było w programach TV "Country Ameryka" i "Country Club". Najśmieszniej było jak zadawałem pytania Bobby Vintonowi po angielsku, a on mi odpowiadał po polsku. Z żeńskimi końcówkami "ja zrobiła", "nagrała", bo tak się nauczył od matki.
J.G.: Gdybyśmy mieli przyznawać własne Crosswords Awards – mógłby Pan kandydować w kategorii "Debiutant roku", "Najlepszy rozwiązywacz wśród dziennikarzy muzycznych" w temacie krzyżówka, rebus albo szarada, "Najlepszy układacz wśród dziennikarzy muzycznych" w podobnej tematyce, pretendent do nagrody za całokształt czy też nie miałby Pan szans na żadną nominację?
K.P.: Raczej nie miałbym szans w żadnej kategorii. No, może mógłbym komuś pomóc układać krzyżówki muzyczne, niekoniecznie country, bo wtedy niewiele osób w Polsce by się nimi zainteresowało. Znam się równie dobrze na starym rock and rollu, bo się na nim wychowałem. A kiedyś to nawet wygrałem teleturniej jazzowy!
J.G.: To ciekawe. Proszę powiedzieć coś więcej na temat tego sukcesu...
K.P.: Było to chyba latem 1967 roku. Najpierw były dość trudne eliminacje, a potem w czasie teleturnieju prowadzonego przez red. Misia szło mi tak dobrze, że się zdekoncentrowałem. Myślałem, że mam wiekszą przewagę nad konkurentami, a się w końcu okazało, że dogonił mnie kolega z Klubu Przyjaciół Piosenki przy Radiostacji Harcerskiej, póżniejszy red. Dariusz Michalski. Za wygrane pieniądze kupiłem sobie Encyklopedię Jazzu Leonarda Feathera. Po angielsku, w komisie muzycznym na Nowym Swiecie. Była to jedyna książka na ten temat, pieruńsko droga – 20 dolarów to była wtedy średnia miesięczna pensja!
Opowiem też Panu taką anegdotę związaną z tymi zawodami – Marek Zeydler-Zborowski, brat Piotra, oglądał moje zmagania z Pućką Szabłowską w jakimś ośrodku wczasowym. Publiczność była podzielona, a pewien berbeć głośno się zastanawiał: "Sródka albo Pacudka" i biegał z tym wokół telewizora. Tu wyjaśnienie: jeden z uczestników nazywał się Śródka, studiował na medycynie i był synem znanego aktora. Ten rym utkwił mi w głowie, bo brzmi zabawnie, prawda?
J.G.: Małe dzieci dostrzegają czasami takie skojarzenia literowe łatwiej niż dorośli... Powracając do przedostatniej Pana wypowiedzi. Czy dobrze wnioskuję, że nigdy nie miał Pan w ręku żadnej krzyżówki. Jeżeli jestem w błędzie – jak Pan wspomina swoją dotychczasową przygodę z szaradziarstwem?
K.P.: Rozwiązywałem kiedyś krzyżówki w słotne wakacyjne dni, kiedy nie było nic innego do roboty. Nie było wtedy telewizji, a radia tranzystorowe nie przeszkadzały. Na dwóch, jedynych polskich falach grano przeważnie klasykę. Czasem można było złapać Wolną Europę, a na zachodnim wybrzeżu nawet AFN, czyli stację dla żołnierzy amerykańskich w NRFie. Tam nadawali bluegrass! Moja Mama lubiła krzyzówki z Przekroju. A jeśli chodzi o szarady, to lubiłem te mało przyzwoite.
J.G.: A czy zna Pan jakiegoś artystę country, który lubi w wolnych chwilach sięgnąć po długopis lub ołówek i pogłówkować sobie nad jakimś zadaniem szaradziarskim?
K.P.: Powiem szczerze, że nigdy o to nie pytałem.
J.G.: Rozmawiając z p. Janem Chojnackim poprosiłem Go o podanie definicji słowa blues do krzyżówki muzycznej. "Ojciec rock and rolla" – taka padła wówczas odpowiedź. Rozmawiając z Wojciechem Konikiewiczem uzyskałem definicję jazzu, a zatem mając niniejszym okazję rozmowy z "ojcem, matką i wujem Samem polskiego country" nie mogę nie poprosić o definicję muzyki country do wspomnianego zadania.
K.P.: Dobrze, utrzymajmy się w konwencji: jeśli blues jest ojcem, to country jest matką rock'n'rolla. Z tego połączenia powstało energiczne dziecię. Ale Johnny Cash powiedział mi, żeby nie zapominać o gospel /chyba jako ciotce/, bo pieśni religijne na Południu USA wyzwalały wśród śpiewających ekstazę.
J.G.: Pamięta Pan przy okazji – kto ochrzcił Pana takim sympatycznym epitetem?
K.P.: Nie bardzo. Mówią "ojciec" bo nikt przedtem, itd.
J.G.: A czy krzyżówkę poświęconą wyłącznie artystom country miałby Pan ochotę rozwiązać...?
K.P.: Tak, czemu nie. Może Pan zgłosić pomysł na program TV: będziemy ilustrować poszczególne hasła muzyką country w formie teledysków i koncertów, a widzowie będą je zgadywać i wpisywać. Może jakiś mały kanał TV to kupi?
J.G.: Niezła myśl. Spróbujmy zmierzyć się teraz z namiastką takiego właśnie zadania. Za muzyczne definicje niech posłuży siedem Pana własnych wypowiedzi o konkretnych artystach pochodzących z mojego prywatnego archiwum muzycznych informacji
"Wszyscy, którzy o nim piszą podkreślają, że bardzo ciężko jest nosić nazwisko wielkiego ojca, legendy całego amerykańskiego Południa"
HANK WILLIAMS JR*
"Ten zodiakalny baran wniósł do muzyki country powiew świeżości, powab i czar. Artystka wskazała innym drogę do Nashville przez całą tradycję i różne odmiany stylu country"
CHYBA EMMYLOU HARRIS
"To nie tylko nazwa stanu na głębokim amerykańskim Południu. Dla publiczności to przede wszystkim nazwa szalenie popularnego zespołu"
ALABAMA
"Figura jak klepsydra, choć chyba za mało przesypało się na dół. Głos wysoki, wibrujący po góralsku. Do tego jeszcze do pretensjonalne imię – lalka"
JAK MÓWIĄ CZESI – PARTONOVA, DOLLY
"Pierwszy piosenkarz country o międzynarodowej sławie, który zawitał do Polski. A było to w sierpniu 1982 r. Zaśpiewał wówczas m.in. dwie piosenki w duecie z Urszulą Sipińską"
GEORGE HAMILTON IV
"Ciekawe co by z Nim było, gdyby nie... złotousty diabeł!"
KRIS KRISTOFFERSON
"Nagrał w latach 80. płytę na której On – wiejski śpiewak porwał się na świętości jazzu i Broadwayu! Lubię go za... naiwność"
WILLIE NELSON
HANK WILLIAMS JR*
"Ten zodiakalny baran wniósł do muzyki country powiew świeżości, powab i czar. Artystka wskazała innym drogę do Nashville przez całą tradycję i różne odmiany stylu country"
CHYBA EMMYLOU HARRIS
"To nie tylko nazwa stanu na głębokim amerykańskim Południu. Dla publiczności to przede wszystkim nazwa szalenie popularnego zespołu"
ALABAMA
"Figura jak klepsydra, choć chyba za mało przesypało się na dół. Głos wysoki, wibrujący po góralsku. Do tego jeszcze do pretensjonalne imię – lalka"
JAK MÓWIĄ CZESI – PARTONOVA, DOLLY
"Pierwszy piosenkarz country o międzynarodowej sławie, który zawitał do Polski. A było to w sierpniu 1982 r. Zaśpiewał wówczas m.in. dwie piosenki w duecie z Urszulą Sipińską"
GEORGE HAMILTON IV
"Ciekawe co by z Nim było, gdyby nie... złotousty diabeł!"
KRIS KRISTOFFERSON
"Nagrał w latach 80. płytę na której On – wiejski śpiewak porwał się na świętości jazzu i Broadwayu! Lubię go za... naiwność"
WILLIE NELSON
J.G.: Doskonałe odpowiedzi.
J.G.: W 1987 r. Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe skorzystały ze swoich uprawnień do importu artystów i dzięki poczynaniom dyrektora Stanisława Nowotnego zawitał do Sopotu sam Johnny Cash. Jak Pan wspomina po prawie 20 latach swój wywiad z Tym wielkim artystą?
K.P.: To historia na długie opowiadanie. ZPRy namówił do zaproszenia Casha nieodżałowany Roman Waschko. Telewizja nie panowała nad czasem antenowym, więc potem mieli pretensje, że koncert był za długi. I nudny z powodu "tych ciotek Carter" – jak określali legendarne siostry: June, Helen i Anitę. A teraz ten występ można dobrze sprzedawać na DVD, ale kto by o tym myślał.
J.G.: Może TVP zacznie kiedyś zarabiać na swojej taśmotece archiwalnej...
K.P.: Z Cashem rozmawiałem sporo, zwłaszcza na lotnisku w Rembiechowie. Zawieziono nas tam wcześniej, żeby tylko Johnny nie pojechał na mszę poranną do Gdańska. Zaaranżowałem spotkanie z Lechem Wałęsą, "zwykłym elektrykiem stoczniowym" – jak lidera Solidarności nazywała ówczesna propaganda. Służby specjalne oczywiscie dowiedziały się o tym i po koncercie dyrektorzy z ZPRów naciskali na mnie, żebym spotkanie odwołał, a ja udawałem, że nic w tym złego nie ma, bo Cash jako osoba religijna chce się pomodlić. Użyto więc wybiegu: menadżer artysty dostał wiadomość, że samolot musi odlecieć wcześniej, nie o dwunastej, a o dziewiątej. Oczywiście samolot mógł poczekać, ale każda godzina postoju kosztowała 10.000 dolarów potrącone z honorarium. Szlag by je trafił, więc pojechaliśmy, a potem czekaliśmy na samolot trzy godziny. Szkoda, że nie było kamer – można było nakręcić niezły dokument. Kilka lat później kręciliśmy z Cashem wywiad w Branson, Missouri. Obydwaj, wraz z menadżerem pytali, czy nie miałem żadnych kłopotów, nawet się bali czy nie wylądowałem na Syberii. Wtedy skojarzyłem, że wylanie mnie z pracy w Magazynie Muzycznym pół roku po Sopocie, moze mieć związek z tamtym "nieodpowiedzialnym" zachowaniem.
K.P.: Żałuję, że nie miałem okazji poznać wtedy Lecha Wałęsy, którego pozdrawiam przy okazji, bo wiem, że lubi rozwiązywać krzyżówki i jest w tym bardzo dobry.
J.G.: A proszę nam się pochwalić z kim jeszcze udało się Panu porozmawiać tete-a-tete? I którą z tych rozmów ma Pan w pamięci do dzisiaj?
K.P.: Wspominam spotkanie z Kenny Rogersem, kiedy zaciął mi się magnetofon, ale on z miłym uśmiechem powtórzył część wypowiedzi. Wiele lat póżniej asystowałem mu podczas robienia zdjęć w Warszawie i przedstawiłem mu też Krzysztofa Krawczyka w Ameryce.
K.P.: Z Emmylou Harris podziwiałem wschód słońca na plaży przed hotelem Marina. Vince Gill, kiedy dowiedział się, że jesteśmy z polskiej telewizji, natychmiast zawołał żonę – Janice, bo ta miała matkę Polkę. Podobnie – Michelle Wright, a Gregg Jennings przywitał nas po polsku – jego ojciec jest pochodzenia polskiego. Mickey Newbury rzucił mi się na szyję w Nashville i od razu wspominał Piknik. Legendarny Bill Monroe zaskoczył mnie tradycyjną kurtuazją, mówiąc mi "sir", ale większość młodszych wykonawców nie zwraca się per pan.
K.P.: Billy Ray Cyrus, zastanawiał się czy jego przodek nie pochodzi z Podhala, Charlie Daniels, Ricky Skaggs i Mark O'Connor chętnie by pograli na skrzypcach z góralami, Alan Jackson i Reba McEntire ze zdziwieniem dowiadywali się, że mają fanów w Polsce. Mel Tillis, który się zacina, ale robi z tego żarty na estradzie, mówił z przejęciem: "K-k-korneliusz, na tej kanapie gdzie siedzisz, jeszcze wczoraj siedział Conway Twitty. Kilka godzin później odwieźli go do szpitala i nie zdołali uratować."
J.G.: Wspaniałe wspomnienia i sporo polskich smaczków. A czy miał Pan okazję poznać osobiście jednego z Pana idoli – Jerry Lee Lewisa?
K.P.: Niestety, nie. A to mój pierwszy idol! Ale widziałem go na koncercie.
J.G.: Podobno jednak 1 kwietnia 1964 r. w Rozgłośni Harcerskiej zapowiedział Pan przyjazd tej właśnie gwiazdy rock'n'rolla do Polski?
K.P.: Zdobyłem za ciężkie pieniądze płytę Jerry'ego ze Star Clubu w Hamburgu. Grali z nim Anglicy – The Nashville Teens. Jakość jak w studni, więc pomyślałem, że to mogłoby się dziać w Polsce. I na prima aprilis zrobiliśmy audycję, że niby artysta tranzytem przelatywał przez Warszawę i spotkał się z grupą Malkontenci. Piotr Zydler-Zborowski znalazł płytkę z wywiadem Elvisa na lotnisku w Niemczech, więc udaliśmy, że jest to wypowiedź Jerry Lee Lewisa. Była niezła zabawa. Ciekawe, czy ta taśma przetrwała?
J.G.: Kto wie ile taśm kryje jeszcze archiwum radiowe...? Czy to prawda, że to Pan zaraził radiowych redaktorów – Witolda Pogranicznego i Marka Gaszyńskiego pomysłem wspominanej do dzisiaj z wielkim sentymentem audycji "Klub Przyjaciół Piosenki"?
K.P.: Najpierw, w lutym 1962 roku zgłosiłem się do Witka Pogranicznego i założyliśmy ten Klub. Później pojawiły się audycje w Radiostacji. Pamiętam, że moją audycję prowadził Tadeusz Sznuk, nieco starszy kolega z Politechniki. Korneliusz Pacuda
J.G.: Przez bardzo długi okres Pana głos kojarzył się niewątpliwie z Trójką. Wszystko zaczęło się od cyklu "Naśladownictwo dozwolone" prowadzonej wspólnie z p. Zeydlerem-Zborowskim. To było mniej więcej 40 lat temu – zgadza się...?
K.P.: Tak rzeczywiście było. Zrobiliśmy też audycję o Johnnym Cashu – płyty pożyczyliśmy z Ambasady Amerykańskiej.
J.G.: Pana ponowny debiut we wspomnianym programie miał miejsce dopiero po 10 latach za sprawą p. Krystyny Kępskiej i "Niedzielnej szkółki muzycznej" prowadzonej do 1980 r. Skąd ta długa przerwa w pracy radiowej?
K.P.: W 1968 roku wzięli mnie do wojska. W 1973 wygrałem konkurs redakcji Muzycznej I Programu Polskiego Radia na współpracownika, ale kiedy pisałem pracę magisterską o ludowej poezji w folklorze amerykańskim na anglistyce, Marek Gaszyński przedstawił mnie red. Kępskiej. Zaproponowałem Niedzielną Szkółkę Muzyczną i jakoś to poszło, choć nie było łatwo, m.in. musiałem się nauczyć montażu. I tak zostałem współpracownikiem dawnej Trójki.
J.G.: Jak Pan sądzi – czy gdyby nie nadmieniona przez Pana wcześniej wizyta w ambasadzie amerykańskiej w tamtym okresie, być może teraz lansowałby Pan zupełnie inny styl muzyczny...
K.P.: Jednak nie. Lubiłem rock and roll, ale potem się jakoś skiepścił. Wróciłem więc do jego korzeni i odkryłem, że te białe chłopaki z Południa śpiewały przedtem country. W country i rock and rollu jest synteza życia, w bluesie i póżniejszych odmianach rocka – dzielenie włosa na czworo. Wolę syntezę.
J.G.: Bardzo trafne spostrzeżenie. Kopalnią wiedzy dla miłośnika muzyki country były niewątpliwie Pana cotygodniowe "Wszystkie drogi prowadzą do Nashville" (od 1977 r.) nadawane w sobotę, "W tonacji Trójki" (od 1979 r.) z czwartku czy też "Gitara, banjo i ... country". To między innymi za tę pracę radiowca otrzymał Pan prestiżową nagrodę Country Music Association dla najlepszego prezentera tej muzyki poza USA. Co ta nagroda wniosła do Pana kariery zawodowej oprócz własnej satysfakcji?
K.P.: Nic. Wtedy właśnie pozbyto się mnie z Trójki. Nie pasowałem, jak i paru innych kolegów, do komercji. Trójka poszła w złym kierunku – naśladuje radio komercyjne. A powinno być na odwrót.
K.P.: Przyszedłem któregoś dnia na Tonację, a realizator pyta się czego chcę. Robię zdziwioną minę i dowiaduję się, że już nie prowadzę żadnej audycji. Nawet mnie o tym nie zawiadomiono. Przedtem, za plecami wylano mnie z Magazynu Muzycznego. Z Jedynką było bardziej kulturalnie – nie zmieściłem się w nowej ramówce. A że byłem współpracownikiem, nie trzeba było rozwiązywać żadnych umów.
J.G.: To nie było fair! Zatem gdzie w 2006 r. można na falach eteru usłyszeć Pana charakterystyczny głos i popularyzowany przez Pana styl muzyczny?
K.P.: Radio Katowice, w każdą środę o 23.05.
J.G.: Niektóre talenty ciekawie opowiadające we wspomnianym "Klubie Przyjaciół Piosenki" o prezentowanej muzyce pracują tak jak Pan w branży do dzisiaj. Wystarczy wspomnieć Marię Szabłowską, Piotra Kaczkowskiego, Marka Wiernika czy też Dariusza Michalskiego. Szkoda, że teraz nie ma już takiego poligonu dla radiowców i nie ma już takich rozgłośni radiowych jak kiedyś. Jak Pan ocenia z perspektywy minionego czasu i zdobytego doświadczenia zmiany na radiowym rynku, które zaszły w ciągu ostatnich 5-10 lat? W jakim kierunku to wszystko pójdzie?
K.P.: Myślę, że się trochę wreszcie zróżnicuje. Wszyscy grają tę samą sieczkę, więc może niektórzy dojdą do wniosku, że na trochę innym graniu można lepiej zarobić. Na razie jest to łatwy pieniądz, więc po co zmieniać? Radio dla facetów z kasą jest jak warzywniak albo fabryka gumy do majtek. Jak coś się sprzedaje, to po co zmieniać? Są za głupi, żeby pomyśleć o innym produkcie, bardziej konkurencyjnym. W prawdziwym kapitalizmie już by powstawały inne radia, ale my dopiero na wolnym rynku raczkujemy. Więc mamy radio bez stylu, nierozpoznawalne. Najgorzej, że radio publiczne małpuje te marne przykłady zamiast dbać o jakość. Naprawdę szkoda, że tyle zdolnej młodzieży nie ma szans na przebicie, bo nie ma gdzie zaistnieć w eterze. To groźne zjawisko.
J.G.: Całkowicie się z Panem zgadzam. Wiem, że Pan Marek Niedźwiecki marzy czasami o ogólnopolskiej rozgłośni grającej smooth-jazz. Nie myślał Pan nigdy o takiej samej idei, ale dotyczącej muzyki country?
K.P.: Myślałem o formule b-c-f czyli blues-country-folk. Z polskimi wykonawcami obok tuzów gatunku. Z prowadzącymi którzy potrafią zainteresować słuchacza, pasjonatami. Jestem pewien, że byliby odbiorcy, ale kto położy kasę? Przecież łatwiej zarobić na byle czym, po co więc ryzykować? A takie radio też by na siebie zarobiło, ale to jak "perły przed wieprze".
J.G.: A czy jest w Polsce jakaś regionalna rozgłośnia radiowa, która specjalizuje się w tego typu dźwiękach. I dla porównania – jak jest w ojczyźnie country czyli w Stanach?
K.P.: W Radio Katowice jest jeszcze jedna audycja o country, ale o jeszcze gorszej porze niż moja. W Radiu Alex w Zakopanem, w Akaderze w Białymstoku, w OKO w Ostrołęce, Karolinie na Śląsku, w radiu Praga są audycje z muzyką country.
K.P.: A w Stanach jest 2043 rozgłośni nadających wyłącznie country. To styl dominujący. Ludzie docenili piosenki o życiu zwykłego człowieka.
J.G.: Szkoda, że w Trójmieście tak nie jest. A ja słyszałem coś o planach dotyczących takiego właśnie stylowego radia w polskim miasteczku country o nazwie Mrongoville...
K.P.: Tak, ale budowa parku rozrywki z Dzikiego Zachodu utknęła w miejscu. Nie ma chętnych inwestorów. W Czechach, Austrii, Niemczech, Szwecji a nawet w Hiszpanii są takie miejsca, gdzie każdy może się poczuć kowbojem, ale u nas nikt nie wierzy, że można na tym zrobić kasę.
J.G.: Czy wie Pan coś więcej na temat tego jedynego w swoim rodzaju projektu. Podobno zatwierdzono plany, Unia dała już na to środki i trwają prace budowlane...
K.P.: Infrastruktura zrobiona, ale nawet radni nie wierzą w powodzenie tego przedsięwzięcia. No to czekamy...
J.G.: No to czekamy! Do Mrongoville mają prowadzić dwie drogi – jedna od strony ul. Młynowej, a druga od strony ul. Giżyckiej. Chyba zatem łatwo będzie tam trafić. Ale jeszcze łatwiej trafić do samego Mrągowa, bo przecież "wszystkie drogi do niego prowadzą"...
K.P.: W Mrągowie jest wielu ludzi, którzy uważają, że Piknik nie przynosi miastu niczego dobrego. A ja mówię, że przedtem nie odróżniano Mrągowa od Morąga. Agata Młynarska i Korneliusz Pacuda
J.G.: Pana nazwisko kojarzy się niewątpliwie z Piknikiem Country w Mrągowie – "najlepszym festiwalem country w Europie". Nie wszyscy chyba jednak wiedzą, że pierwsza edycja tego wydarzenia odbyła się... we wrześniu 1982 r. w Karpaczu.
K.P.: Był stan wojenny, ale dzięki kolegom z TVP udało się zrobić festiwal muzyki spod znaku "kurobójcy" i "kowboja" Reagana. Sam zachodzę w głowę jak to było możliwe.
J.G.: Czy liczył Pan ile gwiazd wystąpiło do tej pory na tym Festiwalu? Ściągnięciu której z nich było najtrudniejsze? A kogo w przyszłości chciałby Pan usłyszeć na polskiej estradzie?
K.P.: Powiedziałem przedstawicielowi Ambasady Amerykańskiej, że na honoraria i tantiemy dla artystów z USA biedny kraj – Polska wydała przez te lata prawie pół miliona dolarów. A oni i tak nie doceniają tego. Może więc się nie przejmować gwiazdami?
K.P.: Kenny Rogers był, kolej na Dolly Parton.
J.G.: Wspaniałe marzenie! Czy dwudziesty piąty Piknik Country, który odbędzie się w dniach 28-30 lipca 2006 r. będzie miał jakieś jubileuszowe zabarwienia?
K.P.: Na pewno, ale nie wiadomo co się uda zrealizować. I z jaką TV.
J.G.: Przez pewien czas gościł Pan ze swoimi muzycznymi propozycjami w "Teleexpresie". Dlaczego ta telewizyjna, cykliczna, czwartkowa przygoda trwała tak krótko?
K.P.: Nie ma tam fanów country, a red.Wrona, to nawet jak Van Morrison czy Mark Knopfler śpiewają country, nie może, a raczej nie che wypowiedzieć tego słowa. Country to dla naszych snobów obciach. Kiedyś red. Kaczkowski dał mi singiel Stinga z obrzydzeniem. Bo Sting śpiewał country.
K.P.: Nie ważne dobre czy złe. Lepiej zagrać tandetę niż country – tak się uważa w Polsce. Jednak komuna uczyniła większe spustoszenie w umysłach rodaków niż można przypuszczać.
J.G.: To prawda. Nie była to jednak Pana pierwsza praca przed kamerą. Jak Pan wspomina Studio 2 i taki blok o tytule "WIFON przedstawia"?
K.P.: Bardzo sympatycznie, bo promował nasze płyty. Reżyser Zbigniew Proszowski trochę się ze mną pomęczył, bo nie czułem się przed kamerami swobodnie.
J.G.: A na czym polegała sama praca kierownika Redakcji Programowej WIFON-u. Czy to Panu zawdzięczamy wydanie takich winylowych LP jak np. "Dobry stary rock" Krzysztofa Krawczyka z 1980 r. czy też "Love Me Tender" Wojciecha Gąssowskiego z 1981 r.?
K.P.: Tak, byłem odpowiedzialny za repertuar i nagrania. Nagraliśmy pierwsze albumy Maanamu i Kombi. A z poezji śpiewanej: Wołka, Bukowinę, Pod Budą, "Mury", Rosiewicza, Prońko, Bilińskiego, Frankla, Kuklińską, 2+1, Sipińską, Jeżowską.
J.G.: Faktycznie. To przecież w Wifonie ukazały się też "Ogród króla świtu" – długogrający debiut Marka Bilińskiego, "Jadę w świat" – podobny debiut Majki Jeżowskiej oraz "Postscriptum" i "List do świata" grupu Pod Budą. Ostatnią płytą Wifonu było "Radio młodych bandytów" grupy Róże Europy z 1990 r. Czy wie Pan może jaki los spotkał później tego polskiego wydawcę?
K.P.: Nagrania gdzieś się poniewierają w piwnicach Polskiego Radia. A parę tytułów ukazało się na rynku na CD.
J.G.: Jako dziennikarz muzyczny nie obce jest też Panu sięganie po pióro. "Galopem przez country and western" otworzyło listę Pana publikacji prasowych. Ten minicykl ukazał się w 1968 r. w "Jazzie", a jego współautorem był wspominany już dzisiaj p. Zeydler-Zborowski. Potem była m.in. wieloodcinkowa historia muzyki country "Drogi do Nashville" drukowana w katowickim "Tak i Nie". Miłośnicy muzyki najbardziej chyba jednak zapamiętali Pana współpracę z "Magazynem Muzycznym/Jazz". Był Pan w nim przez pewien czas nawet zastępcą redaktora naczelnego. Czy trudno wydawało się ten (dwu)miesięcznik w latach 80.? Jak pozyskiwaliście materiały i zdjęcia?
K.P.: Bardzo łatwo. Nie było konkurencji, mieliśmy 300.000 nakładu. Byłby większy, ale brakowało papieru. Materiały pisali zdolni koledzy: Królikowski, Weiss, Rzewuski, Wyszogrodzki, Kulicka. Zdjęcia krajowe były własne – Makowskiego i Kiełbowicza. Zagraniczne, Marek Trojanowski wycinał z prasy zachodniej – wtedy nikt nie pytał o prawa, to było nagminne w polskiej prasie.
J.G.: Czy pamięta Pan może kto układał dla "Magazynu Muzycznego" krzyżówki, które od czasu do czasu były publikowane w tym periodyku?
K.P.: Bawił się w to sam red.naczelny – Marian Butrym, ale chyba miał jakichś współpracowników.
J.G.: Pamiętam, że działało kiedyś w Gdańsku Koło Stowarzyszenia Muzyki Ludowej "Country". Członkowie spotykali się chyba w Rudym Kocie na ul. Garncarskiej. Wie Pan coś może na temat tej dawnej trójmiejskiej grupy miłośników wspomnianego gatunku muzyki. Co się z Nimi teraz dzieje...? Utrzymuje Pan może z kimś kontakty do dzisiaj?
K.P.: Niestety, straciłem z nimi kontakt.
J.G.: Muzyka country niewątpliwie kojarzy się ze Stanami Zjednoczonymi. Wie Pan coś może na temat amerykańskich zadań szaradziarskich? Spotkał się Pan w USA z taką formą rozrywki?
K.P.: Owszem. W czasopismach amerykańskich, tych popularnych nadal są drukowane takie łamigłówki. Czasem udawało mi się w samolocie rozwiązać parę, szczególnie na tematy muzyczne. Trzeba mieć na to czas! A ja nie przepadam za takimi grami, ani za żadnego rodzaju hazardem. Czasem, dla zabawy, zdarza mi się jednak na wyścigach konnych obstawić jakiś porządek lub triplę. Ale bez sukcesu, bo jak mi przepowiedziała Cyganka do wszystkiego będę dochodził własną pracą.
J.G.: Na zakończenie proszę spróbować ułożyć własną, autorską definicję jednego lub kilku z poniższych terminów: NASHVILLE, BLUEGRASS, MARILYN MONROE, CZOS, STODOŁA, GHEORGHE ZAMFIR, CAJUN, COPYWRITER, JEDYNKA, OCHOTA, LEANN RIMES, MIKROFON, LONSTAR.
K.P.: o OCHOTA – dzielnica mej młodości i pierwszej miłości.
Rozmawiał:
Jacek Górski
____________
Tekst i zdjęcia pochodzą ze strony Gdańskiego Klubu Szaradzistów Neptun
2006-06-28
powrót ::