693252
Czekając na "Mądrego Brata" – Tygodnik Powszechny, 3 października 2001
"Big Brother" jest programem, na który można oczywiście narzekać. Można go jednak oglądać albo nie oglądać. Osobiście nie jestem zwolennikiem takich widowisk. Znam jednak wielu ludzi, którzy uwielbiają reality shows i uważają, że nareszcie telewizja pokazała coś nowego. Zgadzam się z Wojciechem Sadurskim, który niedawno podał w "Rzeczpospolitej" poważne argumenty przeciwko cenzurze prewencyjnej i represyjnej.
Autor jest konstytucjonalistą, wykładowcą Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego w Budapeszcie i University of Chicago Law School. Był ekspertem komisji konstytucyjnych: senackiej w latach 1989-91 i Zgromadzenia Narodowego 1993-96. Autor kilkunastu książek na temat myśli amerykańskiej, sportu i alkoholizmu, a także cyklu rozmów z uczonymi pt. "Zrozumieć świat".
Bach w kawiarni
I tak kulturalna mniejszość w Polsce, zwłaszcza ci, którzy produkują obrazy, filmy, widowiska telewizyjne, jest zaszokowana i zawstydzona - nie tylko samym programem, ale przede wszystkim jego popularnością, a jednocześnie tym, że tak mało ludzi ogląda programy elitarne. Może jest w tym odrobina smutku i rozgoryczenia. My, ludzie po pięćdziesiątce, ale także czterdziesto- , a nawet trzydziestkolatkowie wychowaliśmy się w przekonaniu, że jeżeli była jakaś pozytywna cecha socjalizmu - a przecież niewiele by się ich znalazło - to stanowiło ją rzekome rozbudzenie kulturalne i edukacyjne. Masy czytały książki. W latach 70. i 80. książki wydawane nielegalnie miały niekiedy o wiele większe nakłady niż te, które dziś sprzedawane są oficjalnie. Wierzyliśmy, że podciągnięcie poziomu mas do wysokiego standardu średniego jest wielkim sukcesem. Dziś smutek jest tym większy, że okazało się to nieprawdą. Zapomnieliśmy, że książki czy pisma kulturalne zostały wówczas pozbawione konkurencji innego, atrakcyjniejszego towaru. Dziś bardziej mnie cieszy możliwość wyboru niż smuci osłabienie kulturalnych standardów, snobizmów czy ambicji.
Nie oznacza to oczywiście, że to osłabienie mnie nie martwi. Rodzi się smutek, niepewność i lęk. Co stanie się z naszą kulturą i świadomością? Co z elitą kulturalną? Strach rodzi chęć zakazywania, ale przecież towar zakazany drożej kosztuje. Łatwo sobie wyobrazić podziemne wydania "Big Brothera"! Jest tylko jeden kraj, w którym program ten poniósł klęskę - Łotwa. Może ma to związek z faktem, że tam w pubach i kawiarniach zamiast rocka słyszy się muzykę klasyczną? Małemu łotewskiemu społeczeństwu udało się zadbać o własną tożsamość kulturalną.
Słowo na nizinach
"Wielkiemu Bratu" trudno się przeciwstawić, bo jest on efektem naturalnego rozwoju elektronicznych mediów. Dziś nie nadaje już wyłącznie elita. Podobne zjawisko obserwujemy w internecie, gdzie stanowi ono jeszcze większe niebezpieczeństwo, o czym świadczy np. prezentowana tam bez większych trudności pornografia dziecięca. Ryszard Kapuściński w "Lapidarium" zwrócił uwagę na bardzo ciekawy proces. Kiedyś, żeby publicznie wypowiedzieć zdanie, długo trzeba było wspinać się na miejsce, z którego było ono słyszalne. Trzeba było wejść na górę - realną lub metaforyczną. Dlatego pisarz lub uczony musiał przebijać się latami, zdobywając pomału warsztat i akceptację tych, którzy kontrolowali środki nadawania: katedrę uniwersytecką, wydawnictwo, gazetę. Dzisiaj każdy, kto potrafi wystukać na komputerze kilka zdań, może się zaprezentować. "Wielki Brat" nie potrzebuje nawet tej umiejętności.
Z dostępem do środków nadawania związane są pieniądze konsumentów. Telewizja, ale także inne media, idą za pieniądzem, pieniądz idzie za widzem. Każdy nadawca nastawiony jest na rynek reklam. Ten zaś uzależniony jest od badań "słuchalności" i "oglądalności". Obydwa pojęcia stały się idolami. Nie wiem, czy to słuszne podejście, nawet z punktu widzenia sprzedaży. Nie wiem, czy oglądalność w prosty sposób przekłada się na pieniądze. Oczywiście, jeżeli widzowie telefonują do "Wielkiego Brata" za pieniądze, to ktoś na tym zarabia. Ale nie jestem przekonany, czy mityczna oglądalność przekłada się bezpośrednio na sprzedaż towaru. Jeśli tak by jednak było, to trzeba by sprawdzić, czy bardziej luksusowe, droższe towary nie stałyby się atrakcyjniejsze dla ambitnych konsumentów. Na razie widownia ma to, co ma.
Abonament i edukacja
Nasz główny problem polega jednak na tym, że masowe media elektroniczne zastały u nas bardzo, bardzo słabo wykształcone społeczeństwo. W Europie Zachodniej, gdzie wyższe wykształcenie po II wojnie światowej stało się czymś powszechnym, elektroniczny rynek mediów zastał społeczeństwo na wyższym poziomie. Poziom ten nie satysfakcjonuje oczywiście wszystkich, ale i tak jest bez porównania wyższy niż u nas. Mniej niż 10 proc. Polaków posiada dyplom wyższej uczelni. Jedynie 4 proc. widowni ogląda programy informacyjno-publicystyczne, z czego tylko 1,5 proc. je rozumie. Jednocześnie okazało się, że wykształcenie średnie i podstawowe nie formują wartości ani ambicji kulturalnych. Co pociąga więc statystycznego Polaka? Rubaszny żart, brzydkie słowo - coś, co tkwi w kulturze plebejskiej, ale pozbawione zostało jej pozytywnych elementów. Pani, która sprząta nasze mieszkanie, rzadko ogląda programy publicystyczne. Kocha natomiast "Wielkiego Brata". Nie jest to osoba prymitywna, ale nie rozumie nic z tego, co mówią zgromadzeni w studio politycy. Doskonale wie natomiast, o co chodzi gościom "Wielkiego Brata". Może się z nimi utożsamić, a nawet mieć jakieś poczucie wyższości, bo w odróżnieniu od postaci na ekranie nie używa brzydkich słów. Trudno, trzeba się z tym pogodzić - nie obejmiemy przecież stacji komercyjnych cenzurą.
Nie wolno natomiast zgodzić się na programy tego typu w telewizji publicznej. Od niej wymagać należy programów ambitnych. Jeżeli nasze społeczeństwo nie zostało podciągnięte kulturalnie przez ostatnie dziesięć lat (może nawet trochę się opuściło), to w dużej mierze jest to wina telewizji publicznej, która chcąc konkurować z prywatną, poszła za rynkiem. Zastanawiam się, czy telewizji publicznej nie powinno się zakazać (o ile można czegokolwiek zakazać) umieszczania jakichkolwiek reklam, z wyjątkiem reklam produktów kulturalnych. Wyrzucałbym każdego dyrektora publicznego radia lub telewizji, który użyłby słowa "oglądalność" jako argumentu. Jeśli chce zarabiać pieniądze, powinien iść do stacji komercyjnej. Telewizja publiczna ma abonament, powinna być opłacana z budżetu. Uwolniona od reklam i tyranii oglądalności, powinna kształtować ambitniejsze formy, oczywiście nie kontrolowane ideologicznie. Jakaś pluralistyczna politycznie rada powinna czuwać nad zachowaniem odpowiednich standardów (wytłuszczenie - Red.).
Proste sposoby
Wbrew pozorom, można je także narzucić telewizjom prywatnym. Nie chodzi o cenzurę, ale o wyeliminowanie brutalności, agresji, przemocy. Można by wprowadzić punkty, z którymi wiązałyby się określone kary i konsekwencje. Za każdą "k..." i każde "p...", za każdy akt przemocy na ekranie Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, która dziś sama nie wie, czym się zajmuje, wpisywałaby kolejne punkty, grożące karami finansowymi, a potem nawet utratą koncesji. Przecież mandatem wymusza się na kierowcach przestrzeganie przepisów drogowych. To dobry sposób oddziaływania na telewizję, który można i trzeba wprowadzić. Mnie jednak marzy się coś jeszcze. Powinniśmy zastanowić się nad źródłami sukcesu takich programów jak "Big Brother", przyjąć je z pokorą, a następnie przedstawić jakąś atrakcyjną alternatywę. Zamiast "Wielkiego Brata" mógłby się pojawić jakiś "Mądry Brat". W takim programie zwykli ludzie nie udawaliby aktorów, nie zabiegaliby o popularność, ale rozmawialiby o naprawdę ważnych problemach. Widziałem kiedyś program, w którym prości ludzie rozmawiali o Biblii. Był bardzo ciekawy. Można rozmawiać np. o tym, jak dyscyplinować dziecko, jak rozmawiać z żoną lub mężem, jak radzić sobie z chorobą lub śmiercią kogoś bliskiego. Żyjemy w czasach, w których daje się zauważyć zniechęcenie wobec wszelkich ekspertów, którzy mówią nam, co powinniśmy robić. Mało tego: używany przez nich język coraz bardziej oddala się od języka i doświadczenia zwykłych ludzi. Uczestnicy "Mądrego Brata" nie udzielaliby rad, ale dzielili się tym, jak sami radzą sobie z problemami, wspólnie poszukiwaliby zrozumienia, rozwiązania i środków, za pomocą których można je osiągnąć. Taki program podniósłby standard i zrównoważył popularność "Amazonek" czy "Wielkiego Brata". A tamte audycje szybko zdobyłyby taką ilość punktów karnych, że szybko przestalibyśmy o nich dyskutować.
Wiktor Osiatyński
____________Tekst można przeczytać również w Kiosku Onetu.
2003-12-28
powrót ::